powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…
źdźbło na rosie.
O jednej podziemnej podróży
Martyna Borowska, powieść 2018-2019,
ODCINEK 2
JASKINIE // 2 \\ WSPOMNIENIA
Poczuć wnętrze świata.
To było coś więcej niż pragnienie emocjonalne. I nie umysłowe, jak w przypadku większości grupy. Laitz pragnął tego wręcz w namacalny sposób – cieleśnie poczuć wnętrze świata.
W głąb wejść, bez myśli w głowie, bez słów. Bez potrzeby rozumienia.
Ta podziemna prostota… pociągała go najbardziej. I ciężar wszechświata, który był nad nim i niejako przygniatał, a zarazem pozostawiał nikłe przestrzenie, żeby jednak być.
– Dostojne bycie! – krzyczał Laitz, kiedy przekraczał jakieś słabo dostępne szczeliny i otwierała się przed nim grota wielka i pojemna, a on w niej sam na sam z gęstością ziemi.
– Każdy z nas – ciasny, mroczny, niemy!* – zwykł powtarzać w takich momentach wiersz rosyjskiego poety.
Ale szybko po tym pojawiała się Rubian i swoim dużym tyłkiem zastawiała połowę jaskini, aby odczytać ewentualne napisy albo inne rysunki. Potem wpadała reszta ekipy, badali roślinność, szukali dziwnych stworzonek czy skamielin, spisując to wszystko i katalogując, by… co?
– By byciu nadać formę? Jakby TO… – Laitz rozłożył ręce, dotykając opuszkami palców wilgotnych ścian. – …nią nie było!
A może
jest ich więcej…? Form, ubranych w treść życia pamiętających prehistorię porostów?
Wcale jednak nie uważał, że jego towarzysze podróży potrafią tylko przeszkadzać. Praca zespołowa często pomaga w wędrówkach, a oni prowadzili swoją już kilka lat. Jedynym rodzajem odpoczynku, jaki miewali – długim wszak, były obozowiska w niecodziennych i pięknych, dzikich warunkach, gdzie raz spędzili aż dwa miesiące. To była prawdziwa sielanka. Wakacje od przedzierania się przez cienkie szczeliny, skrupulatnego dłubania młoteczkiem lub pędzelkiem w skalnych świątyniach.
Laitz znalazł wtedy podwodną grotę, miejsce bowiem, w którym zamieszkali leżało niedaleko rozległego akwenu wodnego, tuż pod wodospadem. Wpłynął do tej groty – nie była zbyt duża, lecz robiła wrażenie przytulnej. Dało się wyjść nawet z wody i poleżeć na zimnych skałach. Wszechobecne błękitne światło dawało złudzenie zatapiania się w bezchmurnym niebie. Po eksploracji podwodnego terenu, Laitz wrócił na powierzchnię i rozglądał się wygłodniałym wzrokiem za resztą podróżników, którzy jednak mieli lepsze zajęcia gdzieś w oddali.
Tylko Asja grzebała patykiem w piasku, szukając pewnie jakichś kamieni, muszli, albo korzonków, które potem by wrzuciła do swojego nieodłącznego atrybutu – garnuszka. Jako jedyna z uczestników odważnie spożywała nawet podejrzanie pachnące specyfiki natury. Szczególnie intrygujące było jej obeznanie w podziemnej florze i badania, które prowadziła na sobie, mające wykazać właściwości różnych, nieopisanych wcześniej roślin, a także minerałów. Nie raz już wymyślała nawet nazwę dla jakichś pokracznych gatunków albo tworzyła krzyżówki mogące rosnąć na powierzchni.
Laitz nie wiedział o niej nic poza tym, do czego przydawała się w ekipie. Sama nie mówiła wiele, ale często słyszał jak w swoim ojczystym języku mruczy jakieś kołysanki czy inne mroczne melodie. Z pewnością było Asji na rękę to, że grupa ulegle pozwalała jej pozostawać na uboczu. Lecz Laitza drażniły takie niezrozumiałe postawy w relacjach.
– Znalazłem małą jaskinkę pod wodą! – krzyknął do niej. Lubował się bowiem także w patrzeniu, jak żeńska płeć przebywa pod ziemią i rozpływa się wraz z mokrymi skałami. Jak oddycha wraz z nimi, a piersi falują w rytm subtelnie poruszających się podziemnych żyjątek.
Ziemia sama w sobie miała w końcu coś babskiego i łączenie tych pierwiastków dawało mu jakiś rodzaj umysłowego orgazmu. Asja zerknęła na niego spod swych krzaczastych brwi, przedzierając ostrze błękitnego spojrzenia przez równie niesforne, jasne włosy. Pewnie, że była ciekawa tej jaskini. Ale korzonki były ważniejsze, Laitz czekał jeszcze jakieś piętnaście minut, pływając od brzegu do skał przy wodospadzie, aż wreszcie przyszła. Już nie była obwieszona woreczkami, tylko miała na sobie kostium kąpielowy i narzutę w postaci cienkiego koca, który złożyła na plaży starannie.
Zanurkowali w milczeniu, a kobieta miała nieodgadniony wyraz twarzy. Laitz często myślał, że gdyby wszystkie kobiety umiały się tak bezpośrednio porozumiewać jak Rubian, świat byłby łatwiejszy w obsłudze. Niestety ani one, ani faceci nie grzeszyli prostotą. Ale koniec tych rozmyślań, to nie w stylu Laitza. Kiedy tylko zobaczył głębię błękitu, skały, falujące na nich glony i jej nogi zgrabnie odpychające wodę… poczuł zew swej nieokiełznanej pasji.
Wpłynęli do jaskini i Asja powoli normowała swój oddech, bo nurkowanie przecież to nie taka prosta sprawa dla osób, które częściej stąpają po stałym gruncie.
– I jak? – zapytał podekscytowany Laitz, lecz już w jej twarzy widział, że Asja nie znajdzie tu nic interesującego. Nawet on rozpoznawał pobliskie porosty, a grota była w większości jedynie lepka i goła. Była błękitna, pełna wody. Ale Asja nie raczej nie należała do osób romantycznych. Oczywiście dla niego stanowiło to wszystko niemały rarytas zmysłowy. Już wtedy uświadomił sobie cel, dla którego chciał pokazać tę jaskinię Asji. Marzył mu się seks w takim miejscu, oddanie się rozkoszy w czeluściach podziemnych, tak samo mokrych i nabrzmiałych, jak kobiece łono.
Laitz rozłożył ręce w geście rezygnacji, bardziej wobec siebie samego, niż Asji. Kobieta porozglądała się wokół, dotykając ścian – i widok ten niemalże przyprawił mężczyznę o wzwód – a potem wzruszyła ramionami i powiedziała cichym głosem:
– Zwyczajna.
– Możemy sprawić, że stanie się nadzwyczajna. – to było jedyne, co Laitz dał radę wydobyć z siebie i co nie byłoby chamskie, natarczywe i agresywne, choć zdawało się jawną kopią z jakiegoś hollywoodzkiego filmu. Inne pomysły, jakie chodziły mu po głowie naruszałyby styl bycia Asji, a jednak nie chciał w niego aż tak ingerować. Wolał, żeby sama się mu oddała, jak te jaskinie niewinne i charakterne, zawsze otwarte dla Laitza.
//.. ..\\
Głosy przenikające przez nową jaskinię, którą właśnie eksplorował, przypomniały mu ten dzień i delikatność skóry Asji w podwodnej grocie.
Głosy te miały w sobie nuty pełne sekretów, w zasadzie całe były sekretem, jak kobiecość. Były nieznanym językiem, przekazem z jakichś planet połączonych z ziemią od wieków nieznaną mu nicią. Połączone poprzez buchające ciepłem jądro, ukryte w głębinach pod ich stopami.
Laitz bał się, że może nigdy nie będzie w stanie poznać jaskiń tak bardzo, jak mogłaby to zrobić kobieta na jego miejscu. Kobieta, która jest ziemią. Może dlatego właśnie był taki zapalczywy w swoich poszukiwaniach, tak nieugięty, tak bardzo chciał nadrobić to, czego natura mu nie dała, ale co mógł poznać w skalistych czeluściach ziemi.
Napisy, którymi pokryte zostały ściany jaskini zachęcały do zbadania, do dotknięcia, do podążenia śladem tych dawnych reliktów. Laitz po ciężkiej, kilkugodzinnej pracy przecisnął się wreszcie przez jamkę i mógł stanąć na pełnej skorupiaków, ubitej ziemi. Przyjrzał się skalnym ścianom.
Nikt nie wyrył na nich modlitw. Nikt nic nie malował ukryty w cieniu, a ni nie śpiewał. Ściany same bowiem żyły. Poruszały się, rozrastały w niesamowitym rytmie, który z jednej strony był powolny i majestatyczny, a z drugiej pełen dynamiki w naskalnych porostach i roślinach falujących w rytmie podziemia… Laitz był przekonany, że w przeciągu sekundy zmienia się cała struktura jaskini. I kolory tych słów, symboli w swej brunatności zielonej okazywały się pnączami, ułożonymi w niecodzienny sposób, nabierającymi coraz więcej jaskrawej barwy im wyżej znajdowały się jaskinnego sufitu. A może to były smugi zatopionych w ścianach drogocennych kamieni?
Latiz zbliżył się do ściany i prawie pochłonięty przez ożywione historie, odetchnął lekko zatęchłym, ale pełnym pierwotnego życia zapachem.
Często schodził głęboko w podziemia, tam gdzie żaden śmiałek nie postawił stopy, a nawet i myśli. Mężczyzna wybierał miejsca, do których schodził, intuicyjnie. Nie dbał o naukową stronę swojej pasji, o wielkie Odkrycia. Dbał tylko o bycie w Niej. O fizyczne obcowanie z wnętrzem ziemi.
I jak można uznać takiego człowieka za wytwór egotycznego, cywilizowanego świata? Pragnienie powrotu do korzeni, do zagrzebania się w nich i tam bycia – a nie rozpaczliwego szukania kolejnych iluzji dla własnego umysłu – to naturalny stan w obecnych czasach. Jednak Laitz… był wytworem egotycznego świata – swoje bycie pełne ekstazy, marzenia o eksploracji i zanurzaniu się w podziemiach, stawiał ponad życie wszystkich innych.
Nie obchodziły go egzystencjalne rozterki i uczucia, jakie towarzyszyły członkom wypraw. Nie rozumiał ich przywiązania i osobistych pragnień. Rozmowy na jakiekolwiek tematy zostawiał im. Przesiadując przy ognisku, podczas gdy Laitz zatapiał się w wilgotnej ziemi i pachnącym mchu, próbowali dyskutować o filozofii i fizyce, opisie nieopisywalnego, o absolucie i i ziemskiej wędrówce człowieka.
Robili to też w tej chwili, gdy Laitz oddychał najbardziej osobliwą jaskinią, do jakiej trafił. Wprawdzie jej klimat i dotykał także mizernego obozowiska, lecz ich interesowały tylko słowa. I czy byli gorsi, wymieniając się nowinkami technologicznymi? Czy istnieli w chwili takiej samej, w której istniał Laitz kilkanaście metrów stąd?
– Odpowiedzialność ponosi wynalazca, a nie ci którzy korzystają z jego wynalazków. Co jakby był wadliwy? To wina stworzyciela.
– No tak samo mógłbym powiedzieć o jedzeniu! Kto niby jest winny za to, że zjadł za dużo jabłek? Drzewo? Obżarł się i tyle. – Kolumbijczyk odpowiedział wybuchowo swojemu bratu.
– Dajcie spokój, nakładanie na kogokolwiek winy jest bezsensowne. – mruknął Juliusz.
Ale wszyscy pomyśleli: pomysł wyprawy jest tylko pozornie wspólny i to oni są pionkami w grze szaleńca, ich stworzyciela. Oczywiście nikt nie był w stanie powiedzieć tego na głos, nie każdy też przyjął tę myśl za na tyle istotną, by wyciągnąć ją na powierzchnię. U Rubian tkwiła ona wciąż głęboko w podświadomości i objawiała się ucieczką w wygodę, w momencie kiedy Laitz przejmował kontrolę nad dalszymi ruchami w podróży. Przemowy kobiety o zmęczeniu albo patrzenie na zegarek, jakby byli w cywilizowanym świecie i zaraz zamykano ostatni market spożywczy – to była właśnie ucieczka. Podświadomość nędznie sprowadzała ją do zwykłego człowieczeństwa.
Asja wykorzystywała ten czas na babranie się w błocie i wyrywanie po nocach dziwnych kłączy z przymarzniętej ziemi. Wróciła właśnie z naręczem chrustu. Ale to nie był chrust.
– Zrobię z tego odwar. – powiedziała i wszyscy zatrzęśli się ze śmiechu, ale nie skomentowali jej działań, tylko w milczeniu odsunęli się od paleniska, by dać jej przestrzeń do pracy.
Kolumbijczyk Juan pomógł Asji ułożyć menażkę nad ogniskiem i z bezpiecznej odległości obserwował kobiece ruchy. Wszyscy mieli zaraz zostać odurzeni jakimś tajemniczym wywarem, ale nikt nie protestował. Cała wyprawa w swych najmniej podróżniczych momentach skupiała się właśnie na pozbawianiu wolnej woli niektórych jej członków.
Asja nic nie mówiła, tylko pokroiła na mniejsze cząstki suche łodygi, a z niektórych zdarła korę i wrzuciła surowce do rondla. Rozszedł się specyficzny aromat ziemi i żywicy. Oraz subtelny zapach ciszy, w którą…
Tu nie ma drzew, są korony.
Tu nie ma drzew, są korony.
Tu nie ma drzew, są korony
enigmatyczne słowa wpełzały w gęste od dymu powietrze.
Laitz w jaskini słyszał każde z nich rozbite na miliardy ech.
_______________________________
*Aleksander Wwiedienski „Elegia”, rosyjski poeta i filozof awangardowy.
Dodaj komentarz