Źdźbło na rosie // 3 \\

powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…

źdźbło na rosie.

O jednej podziemnej podróży

Martyna Borowska, powieść 2018-2019,

ODCINEK 3

Tu nie ma drzew, są korony.

Tu nie ma drzew, są korony.

Tu nie ma drzew, są korony

Źdźbło na rosie – o jednej podziemnej podróży” Odc. 2.

JASKINIE // 3 \\ WEJŚCIE

Ściany jaskini mieniły się światłami, błyskami drogocennych kruszców, niczym w podziemnej dyskotece dla bogaczy. Laitz parł do przodu poprzez ten karnawałowy wręcz klimat, by w końcu zatrzymać się i uświadomić sobie, że nie wie jak daleko odszedł od wejścia. Towarzyszyły mu mchy i głos. Gdzieniegdzie ukazywały się grube porosty. Nie było mowy o samotności – w końcu wszyscy tu byli. Setki pokoleń przeszłych i przyszłych…

Asja ze swoimi korzonkami i alchemicznymi miksturami. Rubian z dużym tyłkiem i hieroglifami i Juliusz ze spokojem w umyśle. Wszyscy byli…

Byli razem.

Wtedy, w podwodnej jaskini Asja zauważyła szczelinkę, która okazała się przejściem do rozległej groty, prawdopodobnie pod wodospadem. Zainteresowało ją to do tego stopnia, że sama namówiła Laitza, aby spróbowali się tam przedrzeć. Jemu nie trzeba było długo powtarzać. Przejście okazało się dosyć łatwe, znów przepłynęli pod wodą, schodząc równocześnie głębiej. Nad głowami mieli szum wodospadu, a przed oczami – lśniącą grotę. Romantyczną, harmonijną, czystą. Było w niej tak wielkie piękno, że Laitz po raz pierwszy zobaczył na twarzy Asji oznakę oszołomienia i radości.

– To by dopiero było miejsce na nocleg. – zaśmiała się, dotykając wilgotnych ścian i przytulając się do nich. – A to powietrze!

Oj tak, mała, myślał Laitz. Powietrze jest najważniejsze. Jego pierwotność w jaskiniach, ziemistość, prawdziwość – świat był pełen dziwnych zniekształceń, a tymczasem podziemia obfitowały w niezniszczalną prawdę o Ziemi. Pradawnej i czekającej tak jakby na powrót świata w jej czeluści. Laitz myślał czasami o utworzeniu podziemnej cywilizacji. On i Asja mogliby być rodzicami nowych pokoleń. Potem, wzniesieni w poczet bogów sprawowaliby duchową opiekę nad rozwijającym się społeczeństwem, które bez kontaktu ze słońcem wypracowałoby zupełnie inne systemy egzystencji.

Laitz spojrzał na Asję pełen nadziei. Miał maślane wręcz oczy i dziewczyna to zobaczyła, a następnie – zbliżywszy się do niego – położyła mu ręce na ramionach. Zastygli tak patrząc sobie w oczy i z nich wyciągając niezliczoną ilość wszechświatów.

W oczach Asji było tak wiele, ale jedyne co mężczyzna z nich wyciągał to otchłań – piękna, lecz pusta. Spokojna, lecz cicha, milcząca, zastygła. Przeraziło go to trochę, ale nie chciał wymiękać. Nie teraz, nie w takiej chwili. Musiał zmierzyć się z tym bezmiarem. Patrzył jej w oczy i nie wierzył, jak można mieć w nich taką przestrzeń, jak można wyrażać wszystko, nie wyrażając w zasadzie nic. Błękitny kolor oczu, wciągał go w siebie, energetyzował, ale nie było nic poza tym, nic więcej. Czy kiedykolwiek wyraziłyby miłość? Przeszło mu przez myśl.

Jednak jego oczy też nie potrafiły wyrazić miłości. W zasadzie nie umiał ich nawet utrzymać w równowadze, by patrzeć na nią bez mrugania i początkowego wywracania gałkami na różne strony. Po uśmieszku znaczącym wargi Asji wnioskował, że z politowaniem rozmyśla ona o jego niestabilności. Lecz oczy pozostawały nieruchome – w nich rodziły się i ginęły słowa. Były potencją.

I wtedy Laitz poczuł ucisk pomiędzy nogami, nawet ból, jakby pęcherz mu pękał, ale wiadomo, że to nie był pęcherz. Musiał opuścić wzrok i nawet się zdenerwował na te gierki Asji. Chciała mu coś przekazać? Nie udało jej się. Chciała się zbliżyć, wykonać ten pierwszy krok? Chyba nie miała wprawy w podrywaniu. W ogóle, do czego się ona mogła nadawać z tą swoją delikatnością, ze swoimi kwiatkami, burzą włosów, przez które trudno było dopatrzeć się wyrazu twarzy. Do czego mogła się nadawać ta jej smukła sylwetka, jakby syrenia, kusząca, ale zbyt eteryczna, by ją faktycznie posiąść. Nie miała pojęcia o grze miłosnej, o relacji z mężczyzną. Może nawet nie miała nigdy mężczyzny? Nawet na dziewicę wyglądała. Ta myśl oczywiście trochę ostudziła nerwy Laitza.

Przyjrzał się jej ponownie i znów w tych oczach zobaczył wszechogarniającą pustkę, zżerającą go od środka, przegryzającą myślowe struktury tak skutecznie, że zapomniał o wcześniejszych rozważaniach i znów pogrążył się w otchłani oczu. Asja wytrwale wyczekiwała jego wzroku i łapała go niczym wytrawny myśliwy.

„Co to za niebezpieczna gra”, zapytał Laitz, ale okazało się, że nie wypowiedział tego pytania. Musieli tak stać już dosyć długo i jego myśli przechodziły jakoś do jej głowy, poprzez te opustoszałe oczy.

Wodospad dalej szumiał za ich plecami grota nieskończenie lśniła i swoją rześkością przetrzymywała podróżnych w swych wnętrznościach.

Laitz potrząsnął głową. Te oczy znów pojawiły się przed jego twarzą. Wyraźne, jakby mógł je złapać w garść i zgnieść. Zgniótłby je z rozkoszą większą, niż wtedy…

Tylko mu przeszkadzała. Teraz, w kluczowym momencie podróży, gdzie został sam na sam z prawdziwym odkryciem w podziemiach!

Głosy jaskinne znów zapętliły się we własnym echu i Laitz miał wrażenie, że nawet rozpoznaje słowa uczestników wyprawy, jak sobie gawędzą przy ognisku. Ale te głosy były jakieś roztrzęsione, poprzecinane błyskawicami. Może na górze panowała wichura?

Najbardziej wymarzony przez Laitza scenariusz to właśnie apokalipsa klimatyczna czy też pogodowa, która zmusiłaby ludzkość do zejścia w podziemia.

Ziemia pewnie tak czy siak stopniowo zapadała się… w siebie, kurczyła, aż jedynym źródłem ciepła mogłoby się stać jądro ziemi.

Jest też inna opcja – pokrycie planety nowymi tworami, które zamiast przybliżyć ludzi do jądra, oddaliłyby ich. Chodzenie po betonie i plastiku, potem po betonowych mostach, latanie w powietrzu.

Skąd Laitz mógł wiedzieć, że to wszystko już się dawno nie stało? Przecież ich wyprawy nie dotyczą skupisk ludzi, nie dotyczą wielkich przemian. Laitz nie miał pojęcia, co się dzieje na ziemi. Może nawet wybuchła kolejna wojna albo epidemia? Może wręcz przeciwnie, ludzie radują się nowym wynalazkiem? Albo przymierają z głodu albo z obżarstwa. Zawsze były jakieś opcje. Zawsze istniały alternatywy. Więc i w tych apokaliptycznych rozważaniach Laitz widział dwie możliwe skrajności. I nie główkował nad tym, puszczał to dalej.

Był na szczęście blisko tego upragnionego, żywego wnętrza ziemi. I na szczęście Te Oczy razem z nim. Przypominały, że podziemny świat dałby ludziom schronienie i bezpieczeństwo przed nimi samymi.

A może to tylko zaklęcia wilgotnej ziemi, odzianych w kryształy ścian i pulsującej pod nią wody, podsuwały mężczyźnie takie przemyślenia? Odbierał je, dawał się im ponieść, wnieść coraz bardziej w czeluście jaskiń.

Przyjęła go. Ciepła, mokra, szlachetna i groźna.

Komentarze

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij