ŹDŹBŁO NA ROSIE // 6 \\

powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…

źdźbło na rosie.

O jednej podziemnej podróży

Martyna Borowska, powieść 2018-2019,

ODCINEK 6

Powierzchnia // II \\ Nowa Ósma Stopa

Witam po krótkiej przerwie, drodzy słuchacze! – odbiorniki zatrzęsły się od wysokiego głosu prowadzącego program – Nadajemy na żywo ze studio Ósma Stopa, a to jest program Smaki Świata! Tak jak obiecałem przed muzycznym przerywnikiem, przedstawię wam nowego gościa Smaków, reportera i podróżnika, który doznał ostatnio niezłego zapętlenia w onirycznym świecie podziemnym, o czym wam zaraz opowie. Drogi Juliuszu, czy mógłbyś się przedstawić i powiedzieć parę słów o sobie?

– Czołem wszystkim! Jestem podekscytowany, zawsze lubiłem programy na Ósmej Stopie, a teraz sam będę tu występował. – gość miał cichszy głos, o wibrującej niepokojąco tonacji, czego nie dało się początkowo wychwycić.

To super uczucie, spełnianie marzeń, których nawet nie miałem! Ale przejdźmy do rzeczy. Jestem Juliusz Reno, kiedyś podróżowałem trochę w celach dziennikarskich, głównie tyczyło się to himalaizmu, wspinaczki wysokogórskiej, a potem speleologii, jaskiń. Zasiedziałem się najdłużej wśród Indian południowoamerykańskich, pracowałem z nimi przy zbiorze dziko rosnącego tytoniu i innych takich używek. Przy okazji, poznawałem tajniki ich ludowych wierzeń i rytuałów. Zawsze czułem, że ciągnie mnie do czegoś nie tyle egzotycznego, co… takiego pierwotnego, mięsistego, pełnego życia, jakby… Może nie będę się nad tym rozwodził! To, tak krótko mówiąc, tyle o mnie…

Ostatnia wyprawa to była podróż po tamtejszych jaskiniach z grupą inteligentnych ludzi, to była głównie… igraszka z poznaniem. – westchnął po chwili.

– Dziękuję bardzo Juliuszu. – rozległo się stłumione chrząknięcie prowadzącego.

– Jak państwo widzą, nowy członek Smaków Świata to niebywała postać, o wszechstronnej wiedzy i wielu doświadczeniach. Z pewnością zainteresowała was jego historia. Juliuszu, czy zechcesz nam opowiedzieć trochę o swoim życiu? Jak to się zaczęło?

Juliusz odchrząknął niepewnie, ale po chwili jakby uświadomił sobie, że jest właśnie na żywo w radiu, zaczął snuć swą opowieść.

Był upalny dzień, środek lata, a ja rozleniwiony wybrałem się na przechadzkę. Mieszkałem na rogatkach miasta, więc kroki poniosły mnie na błonie i rozlewiska, z których roztaczał się urokliwy widok na całą metropolię. Dla niektórych ten widok był przeważnie przerażający. Ogrom wieżowców piętrzących się na sobie tworzył z oddali krajobraz kresu współczesności. Zupełnie, jakby cywilizacja miała lada moment przetransformować się w cybernetyczny twór, oddychający jednym rytmem byt. Mnie to nie odrzucało, tylko pociągało. Miasto to takie dziecko ludzkości – wspólne i często zaniedbane są niektóre jego kierunki rozwoju. Co najlepsze, to dziecko wydało na świat własne potomstwa w liczbie niesłychanej, a…

– Drogi Juliuszu – wtrącił nagle Pau van Me – słyszę, że twoja opowieść jest niezwykle rozbudowana i…

– Trochę jest. Chcę słuchaczy wprowadzić w klimat.

– Nie spodziewałem się w tej historii miasta, muszę przyznać. Początkowo pracowałeś więc stacjonarnie jako dziennikarz? W mieście?

– Tak. Ale chyba potwierdzisz, że dziś człowiek przywiązuje się do miejsc. Nawet jeśli w dużej mierze nieświadomie. Wiesz… wsiąka w miejsca i staje się nimi.

– Ooo – wydobyło się z głośników pomrukiwanie prezentera. – To wywołało ciarki na moich plecach muszę przyznać.

– Tak, zapomnienie do tego doprowadza. Nagły błysk braku przebłysków. Ale ja jestem osobą, która stała się miastem świadomie i z rozkoszą. Dzięki temu, że patrzyłem na nie czasem z oddali.

– Jak rozpoczęła się twoja wyprawa? Chciałeś wyjeżdżać, pomimo tej miejskiej miłości?

– No właśnie… – głos Juliusza znów stał się melancholijny, osobliwie cichy. – Tego ciepłego dnia, stojąc wśród rozlewisk z widokiem na panoramę miasta spotkałem włóczykija, który przechadzał się po bardziej zdziczałych okolicach. Nazywał się Laitz. Zadziwiło go moje rozmiłowanie na twarzy, gdy patrzyłem tak przed siebie. On chodził z wzrokiem wiecznie wlepionym w ziemię. Grzebał w niej, przekopywał różne miejsca, właził do jam i grot albo rozpadlisk. Wierzył, że cały świat jest połączony siecią podziemnego tunelu, naturalnego, jaskinnego. Który istniał od zawsze pod skorupą ziemską. Postanowił to odkrywać. Poznaliśmy się w przełomowym momencie życia Laitza, kiedy był na rozdrożu wolności. Właśnie rozstał się z narzeczoną, podobno odeszła do innego, bo nie wyobrażała sobie, że jaskinie naprawdę mogą być inteligentnym pomysłem na życie.

– Opowiedział ci o tym już przy pierwszym spotkaniu? Ten Laitz?

– O tak. Rozmawialiśmy do późna o swych fascynacjach. Ja wyjeżdżałem czasem w Himalaje i tam pisałem o wspinaczce, takie wieści z frontu. Francuzi lubią czytać o osiągnięciach swoich rodaków. Laitza też interesowały wszelkie dziwne wyprawy. Zejścia pod ziemię i dla mnie okazały się fascynującym tematem. Laitz mi powiedział, a był bardzo tajemniczym facetem, że zamierza wylecieć niebawem do Ameryki Środkowej i tam oddać się pasji.

– Czuję, że zmierzamy do kulminacyjnego punktu opowieści! – wykrzyknął Pau van Me.

– Prawie. To znaczy… tak. Wyjechałem do Ameryki zaintrygowany podróżą Laitza. Łatwo łapało się tam reporterskie tematy. Ale z Laitzem długo się nie widywałem. Korespondowaliśmy. Czasem widywaliśmy się w Panamie, gdzie on się zatrzymał. Poprosił mnie o zebranie chętnych do schodzenia pod ziemię, bo tak najłatwiej było uzyskać dotację. Choćby na sprzęt w miarę profesjonalny.

– I tak po prostu, z fana miasta zacząłeś być pierwszej klasy wędrowcem i poszukiwaczem przygód?

Chwila ciszy wypełniła odbiorniki. Już dało się słyszeć nabieranie oddechu przez prowadzącego, gdy Juliusz odezwał się:

– Tęskniłem trochę za życiem w mieście, za bywaniem w tych stylowych francuskich knajpkach i pachnących dobrą kawą kawiarniach. – Juliusz westchnął. – W Ameryce, tam w tych bardziej dzikich rejonach trudno o dobrą kawę. Wszystko idzie do zagranicznych producentów, firm. Masówka jednym słowem. Tam gorszy sort pozostaje. Albo coś innego się pije, choć ja tego mułu nie mogłem – mate, z ostrokrzewu. Poprzez yerbę zresztą poznałem jedną z późniejszych członkiń naszej wyprawy…

– Dobrze Juliuszu, ale powiedz nam teraz coś więcej o swojej pracy tam na południu Ameryki. Wysyłałeś artykuły do swojej siedziby reporterskiej?

– Pracowałem dla gazet, pisując o wspinaczce górskiej w tamtejszych rejonach. Zacząłem też współpracować z magazynami o kulturze, etnologii i tym podobne. Pisałem przez pewien czas o życiu Indian, w rozrzuconych na pustkowiach i dżunglach wioskach, i ogólnie o kulturze obcej francuskiemu czytelnikowi. To dawało duży zarobek, było popularne. Dlatego też tak długo tkwiłem na czerwonych ziemiach z dala od miast, w których czuję się bezsprzecznie lepiej. I bezpieczniej. Bardziej swojsko. Łatwiej mi zresztą pisać o miastach, bo lepiej rozumiem oddech mieszczuchów. A te podróżnicze sensacje… to był zarobek.

Pau van Me cicho zamruczał coś, jakby poza mikrofonem.

– Wiem wiem. – śmiech Juliusza przeciął powietrze. – To już nie brzmi tak fajnie, jak twoja zapowiedź na początku. Himalaizm, plantacje tytoniu – ponowny śmiech – Laitz mnie tam przyciągał i zachęcał do zarabiania pieniędzy na opisach życia biednych, choć wesołych Indian.

– Co robił Laitz w tym czasie?

Milczenie Juliusza.

– Pracował także? – zaraz pojawiło się ponowne pytanie.

– Taaak. Eksplorował. Najpierw biblioteki, potem antykwariaty i inne takie. Uniwersytety, łaził po jaskiniach. Szukał map. Nagromadził ich naprawdę wiele. Cały świat. W sensie… szukał tych ewentualnych połączeń w jaskiniach. Planował podróże. Miałem cichą nadzieję, że napiszę o tym długi reportaż, książkę i to będzie koniec mej kariery.

– Przygotowania trwały długo? – wtrącił Pau Van Me.

– I tak i nie. Pomiędzy sporo się wydarzyło. Wyjechałem na pół roku do Stanów i tam… poznałem moją żonę. – donośny chichot. – To poniekąd zasługa Laitza.

– Ooo… – wymsknęło się prowadzącemu.

– Laitz Szukał osoby z naukowych kręgów, która byłaby filarem naszych dotacji.

– Kim stał się ów filar? – zapytał Pau Van Me.

– Rubian, naukowiec, z zamiłowania fizyk kwantowy, historyczka. Odczytywała starożytne pisma i hieroglify. Znała dawne alfabety, a w niektórych wymarłych języka umiała mówić. Zupełnie zakręcona w tych słowach i obrazkach spod ziemi, wygrzebanych i wyrytych w kamieniach.

– Pracowała na Uniwersytecie w…?

– Seattle. Fajnie tam było. Ten pustynny klimacik…

– Drogi Juliuszu. Pozostańmy w tej przestrzeni na jakiś czas. Dajmy słuchaczom trochę wytchnienia! Powrócimy do was po szczypcie pustynnego country. Dokończymy następnie nasz program historią miłosną Juliusza i Rubian…

– Pokochałem Rubian za jej ponętne kształty i to, jak pięknie potrafiła mówić o swojej pasji – o dawnych językach. – kontynuował Juliusz, od razu gdy tylko muzyka ucichła. Miał jeszcze niższy ton głosu. – Spotkaliśmy się w dość nietypowych okolicznościach, bo w zasadzie znalazłem ją przypadkiem dzięki studentce języków wymarłych, z którą umówiłem się na schadzkę gdzieś w knajpie na uboczu. Owa studentka przyszła spóźniona, tłumacząc się ciekawą rozmową z panią profesor i mi nagle zaświtało – to TA osoba, idealna na moje z Laitzem poszukiwania! Zapytałem o namiary, a studentka powiedziała, że pani Rubian mieszka nieopodal i może zadzwonić do niej nawet zaraz. Zgodziłem się. Rubian przyszła do knajpy, siedzieliśmy w trójkę i rozmawialiśmy o nauce, hieroglifach i podróżach. Musiałem długo opowiadać o Francji i jej miastach. A potem przyszedł czas na historie mych wypraw dziennikarskich w góry, których nie darzyłem żadnym uczuciem, więc słuchaczki ewidentnie się trochę nudziły. Studentka poszła do domu, albo na inną dyskotekę, nie wiem. Rubian została ze mną… Zapadło dziwne milczenie. Zacząłem opowiadać o konkretach. – Juliusz nabrał powoli, z namysłem powietrza w płuca.

– O Laitzu i jaskiniach. Od razu, bez zwłoki, zapytałem czy nie czuje, że jest odpowiednią osobą, by zasilić naszą drużynę. Oczy jej błyszczały. A jakie były piękne! Czuliśmy ten pociąg do przygód, a tajemnica wisząca nad wyprawą połączyła nasze rozognione serca. Podchmieleni, czuliśmy się też bardziej ośmieleni wobec własnych uczuć i emocji. Wylądowałem u niej w domu. Pięknym, pachnącym domu! Oniemiałem, poznając wnętrze tej kobiety, wchodząc tak głęboko w jej rzeczywistość codzienną-niecodzienną. Zaproszenie do wyprawy jeszcze nie było zobowiązujące, nasz seks też nie był zobowiązujący do związku, ale to co zrodziło się pomiędzy tym wszystkim – było i to bardzo silnie. Pomiędzy bowiem znalazły się szczegóły, które moje sprytne oko dziennikarza wychwyciło i łykało niczym najlepszą sztukę. Byłem wytrawnym obserwatorem wszelkich przejawów sztuki. Życie i ciało Rubian mi się tym zdało…

– Co takiego dostrzegłeś w tych szczegółach, gdy byłeś u niej w domu? W tych drobiazgach waszej relacji? – zapytał prowadzący, delikatnie wtrącając swoje pytanie w tętniącą silnymi emocjami opowieść Juliusza. Ten długo ociągał się z odpowiedzią, jakby przypominał sobie słowa i ich trafne połączenie.

– Krwią… namalowane były kałuże na jej obrazie, kalendarzu istnienia. Zawierał zawsze równą liczbę dni, a pejzaże były koloru ziemi. Skóra Rubian także. Patrzyłem na jej ramiona, jak poruszają się przy ruchu. Wgłębienia, które się pojawiały przypominały pofałdowane pola albo nawet pagórki. I ten oszałamiający zapach jaśminu połączony z czekoladą! Po pierwszej wizycie w domu tej kobiety wiedziałem, że będę tam pragnął wracać. Do niej. Uczyć się tych zapachów i brunatnych kolorów. Pielęgnacji jaśminowych kwiatów, rozsmarowywania na ciele Rubian masła kakaowego. Żyłem odurzony jej skrywanym przed innymi kobiecym wnętrzem i po kilku miesiącach poprosiłem ją o rękę. Chciałem więcej… dla siebie. Jej kobiecości, ukrywanej pod woalem schematów i społecznych przyzwyczajeń. To była taka lepka od krwi menstruacyjnej, intymna zmysłowość, której nie odsłoniła przede mną dotąd żadna kobieta.

Pau van Me bez zapowiedzi włączył muzykę tła. Dźwięki miasta i długie, transowe melodie wibrowały coraz donośniej, przemieniając się w nocną symfonię tajemniczej rozkoszy.

– To była olśniewająca opowieść – zakończył prowadzący z powagą w głosie i wyraźnym podziwem dla wypowiedzi swojego gościa.

Komentarze

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij