ŹDŹBŁO NA ROSIE // 7 \\

powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…

źdźbło na rosie.

O jednej podziemnej podróży

Martyna Borowska, powieść 2018-2019,

ODCINEK 6

Jaskinie // 6 \\ Ostatnia

chwila wytchnienia

Laitz nie umiał przepraszać, ani dziękować. Nie przechodziło mu to przez gardło. Jego niedoszła żona twierdziła, że to z powodu wczesnego rozwodu rodziców. Niezbyt często wyznawał jej miłość, więc odeszła zanim było za późno. Laitz poczuł wtedy ulgę, bo zrozumiał, jaki scenariusz napisało mu życie – by oddał się jaskinnemu szaleństwu. Zyskał tym wygodną separację od społeczeństwa, konsumpcjonizmu, niepojętych dla niego więzi międzyludzkich, możliwość podróży w najbardziej niesłychane rejony świata – i co najważniejsze – możliwość zaspokojenia swej żądzy bycia zagrzebanym pod ziemią i eksploracji jej tajemnic. Tam zawsze było coś do odkrycia.

Mężczyzna po raz pierwszy poczuł wolność, gdy po wyjściu z jaskini, gdzie zagubił się w młodości, spojrzał na olbrzymie korzenie pobliskiego drzewa. Po raz drugi, gdy wyleciał do Panamy po rozstaniu z narzeczoną. W samolocie obejrzał film Herzoga o szaleństwie El Dorado. To był jego ostatni kontakt z rzeczywistością jako taką.

Potem podróżował bardziej na dziko, po jakimś czasie zaś z grupą ludzi – towarzyszy podróży. Oni zajmowali się formalnościami przelotów i dojazdów. Laitz mógł relaksować się i rozmyślać o swych przeszłych i przyszłych dokonaniach. Kiedy następnie przemierzali prawie całą Amerykę, z powodzeniem odsuwał się już na dobre od społecznych zapętleń i schematów. Miał wtedy 28 lat, a później zapomniał o liczeniu wieku, jak i w ogóle czasu. Zapomniał o czuciu, skupiając się raczej na zauważaniu pojawiających się emocji. Ajsa mówiła mu, że jest wycofany oraz obojętny. Rzadko się wypowiadała, więc zapamiętał te słowa dobrze.

Zresztą, wsłuchiwał się w jej głos zawsze i był go spragniony równie mocno, jak własnego. Ich znajomość była warsztatem pracy otwierania się człowieka na człowieka, z poziomu kosmicznego przymusu. Ona zupełnie inna, odstająca nawet od przeciętnego dziwaka czy szamana, on opętany samym sobą. Jednak ta wymiana musiała następować, wbrew ich świadomemu czuciu. Tkwili przy sobie w wielu podróżach, najczęściej w milczeniu. A wśród nich pozostali członkowie wyprawy, na podobnej zasadzie – przeznaczenia, nie wyboru. Ich spotkanie i wspólne plany były wypadkową wielu zdarzeń i choć cieszyli się na realizację zamierzeń, nie przywiązywali do tej wspólnoty uczuć. To wpływało na rozległą przestrzeń, jaka się wokół nich utworzyła. Przestrzeń pozostawiona do działania siłom znacznie silniejszym, nieświadomym, mechanicznym. To te siły wiązały ich umysły w skrajności i rozplątywały, gdy pojawiało się społeczeństwo, inne bodziec, nowy mechanizm. Nie tyle zagubieni, co otoczeni aurą nieprzeniknioności, podążali subtelnie do przodu. Pragnienie doświadczenia granic ludzkiego poznania, dla każdego odmienne, łączyło ich jednym zderzaniu się z czymś wyjątkowym, ponadprzeciętnym.

Często to Laitz okazywał się tą ostateczną barierą, granicą, mechanizmem, tym wyjątkowym przypadkiem, od którego odbijali się, by siąść zmęczeni przy ogniu, podczas gdy on szedł dalej.

Jakimś trafem zawsze następował moment, kiedy on znikał, a oni zostawali w pustce, dryfując po cząstkach swoich osobowości, ale ponieważ nie mieli jak się rozwinąć, nie znajdywali na to pomysłu i sposobu; te cząstki były zabiedzone i pełne trucizn. Były jak pędy bluszczu z małymi wypustkami, które czepiały się podłoża i z łatwością mogły zostać od niego oderwane, oczywiście przez Laitza.

Ludzkość żyła sobie po swojemu, a oni nie żyli, tylko trwali w podróży. Po kilku latach przestawała już mieć barwy i odcienie. Spychała ich w coraz dalsze krainy, pustkowia i groty, do których nikomu nie chciało się schodzić. Trafiali do sklepów na skraju dróg, gdzie staruszkowie sprzedawali własne przetwory, a spod laty działkę kokainy albo niedbałe skręty, rozpadające się przy paleniu, jak spróchniałe drewno. Na drzwiach takich sklepów wisiała dubeltówka i można było zaopatrzyć się w dowolnej maści broń palną lub eliksiry zawierające sporysz.

To były niebezpieczne miejsca. Pozbawione turystów. A bogate w unikatowych wędrowców podziemi świata. Tacy podróżnicy też nie zdarzali się często, ale przecież ktoś musiał trafiać do tych sklepików i spoglądać w otchłań oczu starych sprzedawców, oczu wielkich i pulsujących kosmosem.

Ajsa przy takich zakupach robiła się mała niczym dziecko i trzymając się na uboczu, niepewnie ściskała swoje drewniane koraliki w dłoni. Ale to zawsze na nią staruszkowie, właściciele przybytku na skraju świata, spoglądali najczęściej. Jakby porozumienie pomiędzy nimi zachodziło gdzieś z tyłu głów, niewerbalnie. Może przekazywali sobie za plecami członków wyprawy jakieś dziwne mikstury, scyzoryki, ostre szpileczki. Ajsa przekrzywiała głowę na boki, prawie jak to robią w Indiach, by wyrazić tak, może albo witam cię, ale ona robiła to tylko na jeden bok, prawie niezauważalnie, jakby to był tik nerwowy, którego była zupełnie świadoma.

Laitz podczas wizyt w takich sklepikach trzymał się blisko niej. Prawie nie spuszczał z Asji wzroku, a czasem nawet łapał dziewczynę za nadgarstek, jakby bojąc się, że pomimo dziwactwa na twarzy, wskoczy zaraz pod ladę i… ukryje się? Sięgnie po broń? Roznieci wokół gaz pieprzowy i ucieknie? Zacznie ściągać ubrania, tańczyć w rytm wiatru, śpiewać nie swoim głosem? Nikt nie wiedział, co może tkwić w jej głowie. Czasem bowiem wydawało się wszystkim, że Ajsa wcale nie chce z nimi wędrować, że wzięła się tu przez przypadek, a może nawet jest duchem, który musi towarzyszyć Laitzowi, a może on sam go stworzył w swojej pokręconej wyobraźni?

Pewien staruszek, który wraz z żoną nakrytą stosem barwnych peleryn miał sklepik gdzieś na rozdrożach Patagonii, tak długo wpatrywał się w Ajsę, że ta aż pisnęła. Lecz ten pisk był jej odmianą warczenia, poirytowania, złości i braku cierpliwości. Kto wie czy nie mogła wtedy użyć tajemnej magii z tych swoich dziwnych krain, kto wie czy wtedy nie użyła tej magii. Staruszka stanęła obok męża i pewnie kopnęła go pod ladą, mówiąc coś szybko w nieznanym im języku.

– Mówi, że trzeba wam sadzonek.

– My nie mamy gdzie sadzić, dajcie nam tylko trochę tych konserw i owoców. – mruknął Laitz. – Przecież widzicie, że wędrujemy.

– Aha i jeszcze coś do ostrzenia noży. Strasznie mi się stępił. – dodał, pociągając niezauważalnie Ajsę za nadgarstek w dół. Może próbowała odejść parę kroków. Głowa znów uciekła jej na bok.

– To weźcie te nasiona i ssijcie je. Są odtruwające. – staruszek podał im woreczek pełen nasionek. Oczy Ajsy zaświeciły, ukradkiem spojrzała na kobietę w pelerynach, a tamta ukazała kilka podniszczonych zębów w uśmiechu.

– Nie potrzebujecie jakichś instrumentów? Coś na rozweselenie? – klasnęła w dłonie i wykonała piruet, Laitz patrzył jak jej duże piersi podskakują i opadają.

– Nie.

– Tak, weźmy coś. przekrzykiwali się Kolumbijczycy. – Patrzcie, jakie fajne flety mają tu i bębenki, zawsze jakieś umilenie wieczorów, co nie?

– Bierzcie co chcecie, ja już wszystko mam. – warknął Laitz i pociągając za sobą Ajsę, wyszedł z małego budynku zbudowanego niedbale z blachy. Do kieszeni spodni wsunął nasionka, ale Ajsa szybko i zwinnie mu je wyciągnęła, a potem oderwawszy się od niego, oddaliła w stronę wielkich kamieni na środku pustkowia.

Stanęła tam jak zjawa i choć wszyscy wiedzieli, że COŚ ROBI, ona zdawała się wcale nie ruszać. Nikt nie reagował na nic, nawet na spiekotę oblewającą nieskończone tereny, po których przemieszczali się od kilku dni. Wreszcie powietrze przecięły delikatne dźwięki fletu i brzdęk grzechotek. Marakasy wykonane z tykw zawisły u pasa kolumbijskich braci i odtąd miały towarzyszyć im przy każdym kroku. Laitz, jak się okazało, nienawidził ich brzmienia, więc bracia nigdy później nie użyli grzechotek…. w jego obecności.

Lecz i podczas coraz cichszych ognisk, gdy Laitz samotnie przeczesywał dziwne jaskinne rejony, z ociąganiem rozlegały się dźwięki marakasów i fletu. Jakby jakaś mara zawisła nad muzyką i nie pozwoliła jej się w pełni otworzyć, umilić czas podróżnikom. Jakby jaskinie łapały każdy dźwięk, wciągały go w siebie i tam przetwarzały w mruczenie i burczenie wielkiego brzucha matki ziemi.

Komentarze

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij