Źdźbło na Rosie // 8 \\

powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…

źdźbło na rosie.

O jednej podziemnej podróży

Martyna Borowska, powieść 2018-2019,

ODCINEK 8

Powierzchnia // III \\ Powiernicy

– Drodzy słuchacze! Nie sądzicie, że nadszedł czas, by zajrzeć w głąb ziemi i w czeluści tak zgrabnie dobieranych przez Juliusza słów? – głos prowadzącego „Smaki Świata” rozbrzmiał w przestrzeni, wyrywając zamyślonych z tuneli melancholii, a pobudzonych z krain ekstatycznego zachwytu.

Tu Pau van Me i wasz ulubiony program Smaki Świata, na antenie Ósmej Stopy. Juliusza poznaliście w ostatnim odcinku. Opowiadał o tym, jak zaczęła się jego wielka podziemna podróż. A mianowicie – od poznania dziwnych i olśniewających ludzi takich, jak Laitz, fanatyczny wręcz jaskinny odkrywca-amator i ponętną Rubian, żonę Juliusza… – prowadzący nagle przerwał, jakby złapał się na tym, że sam wpadł w otchłań historii, zamiast skupiać się na elemencie wiodącym całych Smaków Świata. Podróży i eksploracji, osobliwych zjawisk, ludzi. Nie… wszystko było na swoim miejscu Rozległ się nagle przerywnik muzyczny – w rytmach afrykańskich bębnów i przesypującego się piasku. Słuchacze rozpoczęli kolejną przygodę z opowieścią Juliusza.

Najpierw usłyszeli, jak mężczyzna nabiera powietrza w płuca. Ze świstem, w zadumie, a potem rozległy jego odległe, stopniowo wyłaniające się z odbiorników słowa:

Przylecieliśmy z Rubian do Panamy, by tam wziąć szalony ślub. Laitz… na niego nie przyszedł, choć był jedynym zaproszonym. Spotkał się wtedy z dwójką kolumbijskich braci, którzy zajmowali się czarnorynkowymi biznesami. Carlos i Juan załatwili nam sprzęty speleologiczne i inne cuda przydatne w podróżach. Nie wiem jak Laitz tego dokonał, ale skorzystał z ich usług tylko dlatego, że zgodzili się przyłączyć do wyprawy. Myślę, że docenił ich umiejętności skrytego przekraczania granic, tajemnych działań, fałszywych dokumentów.

– To z waszą wyprawą wiązały się jakieś ciemne sprawy? – wtrącił Pau van Me.

– W zasadzie nie. Oczywiście, że nie! Ale próba eksploracji… wyimaginowanego systemu jaskiń… – odchrząknięcie – nie była całkowicie normalna. Laitz chyba chciał mieć pewność, że niezależnie co się stanie, sam będzie mógł decydować o własnym losie i odkryciach.

– Kolumbijscy bracia dawali nam bezsprzecznie poczucie bezpieczeństwa, takiego wiesz, fizycznego. Zawsze rozluźnieni, weseli. Dołączyli do nas jak do radosnej, szkolnej wycieczki. Po cichu liczyli też na jakiś zarobek, a może i sławę odkrywców. – Juliusz zamyślił się na chwilę.

– Myślę, że nie byli świadomi skali przedsięwzięcia, bo z każdym miesiącem ich duch podupadał… albo raczej ich różne oblicza odpadały, ukazując zwykłe, ludzkie twarze. Carlos i Juan i tak byli najsilniejsi. – zakończył mężczyzna, przeciągając brzmienie ostatniego zdania.

W ciszę, która nastała, prowadzący program wpuścił rubaszną muzyczkę, wypełnioną dźwiękiem fletów i gwizdków. Przejmowała pozorną pustką, lecz spod niej przedzierał się ogrom niepojętych doświadczeń, czegoś rdzennego, tubylczego. Czegoś, co swoją prostotą opowiadała o trudzie i pięknie zarazem, o duchu utkanym ze światła i zanurzonym w ziemskim ciele.

Nasze pierwsze spotkanie z braćmi było jak z filmu. – kontynuował Juliusz. – My po ślubie, oni pełni werwy, a Laitz jedną nogą w jaskini swojej wyobraźni. No i to uczucie wyczekiwania na ostatnią osobę. Na ostatnie ogniwo zasilające ekspedycję. Spotkaliśmy się wśród słońca, plaż i drogiego szampana. Rubian polubiła styl bycia Carlosa i Juana, Pasował jej ich humor i dystans, mogła przy nich odsłonić swoją słoneczną, roześmianą naturę. Mogłem wtedy oddać się z Laitzem snuciu planów, ale… to zawsze był monolog. Mój. On tak niewiele zdradzał, dzika radość pląsała w jego oczach i to tyle. Tak naprawdę niewiele wiedziałem naprzód. Tylko najbliższe działania – chwilowe milczenie. – Później miało się okazać, że to Carlos i Juan byli powiernikami tych szczątek ruchów, o których Laitz nie mówił nikomu. Oni stanowili bazę bezpieczeństwa dla jego szalonych pomysłów. Mieli zawsze określony plan B. Przydawał się bardzo często, choć nikt z nas tego nie zauważał. Kto wie, może z reguły z niego korzystali, a czasem nawet z planów C i D. Oni mogli zrozumieć Laitza w sposób, którego my nie pojmowaliśmy… Dysponowali myśleniem magicznym, ludowym. Nie istniały dla nich limity.

– Innymi więc słowy… – Juliusz westchnął przeciągle. – Po prostu wyprawa była chwiejna, nieprzewidywalna, nasze ruchy spontaniczne i mocno związane z intuicją podziemną Laitza oraz ze zdolnościami organizacyjnymi Kolumbijczyków.

– Nieustannie balansowaliście na granicy nieznanego. Taki los odkrywców! – zawołał Pau van Me. – Bywało niebezpiecznie? Czy Carlos i Juan mogli się wykazać? Zdradzili czymś, jaką pracę wykonywali na czarnym ryku w Środkowej Ameryce?

Potok pytań prowadzącego wycofał Juliusza w krainę milczenia. Czy jakiś słuchacz zastanowił się nad tą dramatyczną pauzą i z niecierpliwością rozglądał wokół, wyczekując kolejnych słów rozbrzmiewających w przestrzeni? Lub chociaż szczypty muzyki, która uśpiłaby jego ciekawość?

Po dłuższej, muzycznej przerwie, stworzonej z kilku utworów z pogranicza stoner i psychodelic rocka, Smaki Świata rozlały się po głośnikach ponownie. I muzyka faktycznie, uśpiła ciekawość słuchaczy, nieco zbiła ich z tropu, zwabiła do ich umysłów amnezję, odcięła od wspomnień. Znów znaleźli się w wirze opowieści, która zaskoczyła zmianą tematu:

– Bardzo często wspominaliśmy niebo. – odbiorniki wypełnił rozmarzony, niski głos Juliusza. Nie zareagował na pytania.

– Niebo! Najczęściej marzyliśmy o pełnym barw niebie, nie tak tradycyjnie błękitnym czy białym od chmur. Jaskinna rzeczywistość oferowała brunatne, ziemiste kolory, poprzecinane zgniłą zielenią. Marzyły nam się intensywne pomarańcze, czerwienie, róże, nieskończone odcienie granatu i ten mistyczny fiolet! Nad głową. Przestrzeń. Wysokości. Rozległe pola usiane kwiatami albo lepiej – złotym, jednolitym zbożem.

A może polem lawendy, jak to się kojarzy z twoją rodzinną Francją? – wtrącił Pau van Me. Juliusz zrobił długą pauzę.

Nie wiem na ile chodziło o kolory, a na ile o samą przestrzeń.

W końcu nie wszyscy byliście tak złaknieni podziemi, jak Laitz. – zauważył prowadzący program. – A podróż trwała o ile się nie mylę około 7 lat?

– Tak. No właśnie, kolumbijscy bracia najmniej łaknęli podziemnych wędrówek. Lubili współtworzyć przestrzeń naszej podróży historyjkami, dynamiką swoich rozmów i zachwytu nad szczegółami. Często dało się wtedy zauważyć ich zainteresowania sprzed wyprawy i wiedzę na tematy, o jakich nigdy nie odważaliśmy się pomyśleć.

Na przykład? – drążył Pau van Me.

– Choćby śmierć… Okoliczność śmierci w podróży jest zawsze w sferze prawdopodobieństwa. Sprzęty, akcesoria, wory, laski dynamitu, pistolety i ostre noże. – miało to wszystko w tych nieprzewidzianych momentach nam pomóc. Nie wiedziałem o wielu innych „pomocach”. To wszystko było zadanie Carlosa i Juana. Narkotyki wstrzymujące łaknienie, środki na sen, morfina, amfa. Nikt z nas niby nic nie brał, ale środki na sen krążyły po kryjomu. Mieliśmy trudności z zasypianiem i to ogromne. Zmęczenie wędrówką i oczekiwanie na decyzje Laitza, które trwało czasem bardzo długo. Nie było tak, że on w tym czasie sobie rozmyślał. Znikał na godziny, dni… Eksplorował zakątki mniej dostępne. My mieliśmy odpoczywać w tym czasie. Mogliśmy mieć w zasadzie małe wakacje. Kolumbijczycy próbowali nas rozruszać, Asja, która dołączyła ostatnia do załogi, była zawsze w swoim świecie, nie umiała się integrować, no a my…

Teraz nawet posępna cisza zdawała się mieć tonację.

– Ja i Rubian, jak zaczarowani tkwiliśmy w jakiejś dziurze czasu. Miłość nie kwitła, była taka zszarzała i zawieszona na konieczności dynamiki, a zarazem potrzebie, by posiąść stabilne, przytulne podłoża. By znaleźć swój prawdziwy cel. Nigdy go chyba nie mieliśmy. Ale ten rodzaj podróży nie pomógł nam w odkryciu. Nasza uwaga była ciągle odwracana…

– Chyba po prostu czekaliśmy na kres podróży. Nie wiedząc, że dla Laitza to podróż sama w sobie była celem. Nie gonił go czas, oczekiwania, tylko pasja. A my jak starzy nudziarze utkwiliśmy umysły na linii od A do Z i odhaczaliśmy stacje, niczym w hipnozie.

Juliusz zamilkł.

Ponury nastrój w jego głosie został spotęgowany niskimi, rozciągniętymi dźwiękami, sekwencjami dawno zapomnianych możliwości muzyki. A Pau van Me tym razem nic nie powiedział na pożegnanie ze słuchaczami.

Komentarze

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij