ŹDŹBŁO NA ROSIE // 10 \\

powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…

źdźbło na rosie.

O jednej podziemnej podróży

Martyna Borowska, powieść 2018-2019,

ODCINEK 10

Jaskinie // 7 \\ Punkt Styku

Laitz sądził, że każda podróż jest ostatecznie samotną wędrówką w głąb siebie. Wiedział, że końcowy efekt wszyscy kompani odczytają sami, niezależnie czy podzielali jego wizję czy nie. Z Asją był ten kłopot… Nie wiedział o niej nic, prócz kilku faktów takich jak imię i zainteresowania. Lecz sposób bycia tej efemerycznej kobiety skłaniał go do ostrożności i równocześnie niekontrolowanej często namiętności. Gdy skały przemawiały coraz donośniej, zrozumiał, że coś jest nie tak, inaczej.

Zapętlił się lub nie było dalszej drogi, tylko labirynty mchów i złożonych z nich onirycznych, słownych obrazów. Głosy się nasilały, podziemny wir kurczył i nagle wszystko wyglądało tak samo, a figury tworzone przez stalaktyty dawały mężczyźnie fałszywe znaki, przemawiając na przemian ludzkim głosem.

Laitz nie zatrzymywał się, a i tak był w tym samym miejscu. W jego głowie mieszały się wspomnienia z dzieciństwa i pełnej nietoperzy groty. A tak naprawdę zaczął dostrzegać byty gnieżdżące się w tych rozległych komnatach. Zwierzęta zagrzebane pod piachem i wlepione w niego ślepe oczy pozbawione powiek. Jeśli słyszane głosy były pomieszanymi dźwiękami zwierząt? I nie znaczyły nic? A co z napisami? Na ile były realne?

Jeśli to czyjś dom, do którego mężczyzna wdarł się nieprzewidzianym przez mieszkańców przesmykiem…?

Zatem odciął się, całkowicie. Prawdziwe zanurzenie się we wnętrznościach. Majstersztyk. Laitz poczuł wzbierającą falę ekscytacji, płynącą poprzez kręgosłup.

I wtedy śpiewny głos rozbrzmiał w jego głowie. Wyliczanka jakby, krótkie wersy pełne kształtów i kolorów, pełne drobinek światła osadzonego na skałach.

– Poezja dla ciała. Druga. – lekkie słowa. Znał to brzmienie.

– Druga? – zawołał. Czemu druga.

– Pierwsza była wcześniej o trzy wiersze. – odpowiedział po chwili głos. Wciąż daleki i trudny do zlokalizowania.

Jednak zaraz potem rozległ się tupot i podziemne żyjątka pochowały się w popłochu pod kamienie i w szczeliny. Asja wybiegła z jednego z korytarzy, wpadając wprost na oszołomionego Laitza. Nie panując nad sobą uścisnął kobietę, a ta zaskoczona uniosła do góry znalezioną po drodze męską koszulę.

– Myślałam, że coś się stało.

A Laitz nawet nie pamiętał, że ją zrzucił. Jaskinie mówiły zbyt głośno, a teraz…

– Cicho… – szepnął, zatykając jej usta wielką dłonią. Rozejrzał się wokół i komnata pełna stalaktytów wyglądała na inną niż wcześniej. Może jednak było dalsze przejście, ale słowa się urywały…

– Co jest poza słowami? – spytała Asja, siłą odrywając dłoń mężczyzny od swej twarzy. Podała mu koszulę, przeczesując wzrokiem jego zdziczały tors.

– Nie wiem. Rozumiesz je? Może nic tam nie być. Znaczy… to labirynt jakby albo ostateczny kres. Wszystkie drogi prowadzą tu.

– Tak? – zdziwiła się Asja.

Milczeli, wpatrując się w siebie spod zmarszczonych brwi. Wreszcie kobieta okrążyła komnatę i poznikała w różnych jej odnogach.

– Nie, jest trochę więcej poezji. – stwierdziła. – Ale nie wiem która ostatnia. Są numerowane.

Laitz słuchał, ale wypuszczał wszystko drugim uchem. Zastanawiał się, co jest realne, a co nie. Czasem chłodne powietrze owiewało jego zastygłą sylwetkę. Kobieta, czując w swych rękach nagłe wibracje, zaczęła na ziemi odtwarzać kształty ze ścian. W pośpiechu ponumerowała poszczególne wersy. Przy okazji upychając do sakiewki jakieś dziwne okazy roślin, porostów i korzeni. I choć nie wiedzieli, jaka była pora dnia lub nocy, po dłuższym czasie tej artystycznej i kluczowej dla całej wyprawy kreacji, wciąż bez słów, ułożyli się obok siebie na strzępkach ubrań i zasnęli ze zmęczenia.

Komentarze

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij