powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…
źdźbło na rosie.
O jednej podziemnej podróży
Martyna Borowska, powieść 2018-2019,
ODCINEK 11
Jaskinie // 8 \\ Naskalne Poezje
Laitz i Asja stanęli nad rozległą księgą stworzoną na ziemi poprzez rysowanie na niej kawałkiem kamyka. Asja przerysowała naskalne słowa. Teraz napisy uwypuklone bardziej czytelną czcionką, odtwarzały uspokojone, uśpione skalne opowieści z mchów i porostów. Kobieta wykonała tę pracę dosyć szybko i z fanatyczną dokładnością. Musiała wchodzić w nieznane im odnogi komnaty, podążała za numeracją poszczególnych zdań. Czy raczej zlepków słów, które tworzyły obrazy, gdy je odczytywali…
Sposób ułożenia ust, rodzaj dźwięku, jego kształt, wydychane powietrze – to wszystko sprawiało, że nie musieli znać języka, by zrozumieć przekaz. W zasadzie TO właśnie był język.
Oszołomieni, wypełnieni nieskazitelną energią wieczności, spojrzeli na siebie.
Asja odczytywała na głos urywki, a Laitz sycił się ich brzmieniem i sposobem, w jaki kobieta wysławiała znaki, być może pierwsza na ziemi.
Chyba, że… faktycznie ktoś zamieszkiwał te tunele albo były one czymś w rodzaju podziemnego ogrodu. Laitz nie mógł się powstrzymać od tych myśli i przewidywań.
– Jesteśmy w labiryncie? – spytał.
– Nie… Tu jest kod. – mruknęła Asja. – Po to je przepisałam. – dodała, wzruszając ramionami.
– Poezja dla ciała. – odczytała i gdy melodyjnie dobrnęła do końcówki, zerknęła hipnotycznie na mężczyznę. Laitz przełknął ślinę i przeczytał w skupieniu drugą poezję. Kolejnymi wymieniali się w rytm osobliwej harmonii ze słowami.
I Poezja dla ciała
Szumią drgnienia powiek
kaskadą rozmywających się
pomysłów
II Rozkosz Przyjemności
Światło wezwaniem
wzniosło śpiew
czuwających
Miękkość ich głosów
utkała gwiazdy na niebie.
III Ziarna Kropli
Schody w głąb Ziemi i
cuda znów
zamknęły oczy
zimnym wiatrem.
Przestworza zamilkły.
IV Poezja dla ciała. Druga.
Są wszędzie
myśli o życiu
Łączniki z rzeczywistością
poza obrazy śmierci
V Nora
Uciekamy z Ziemi,
a jeszcze dobrze na niej
nie wylądowaliśmy
VI Miłość i Pokój
Wiedzie przez stepy
dolin bezbrzeżnych
Nadzieja
wieczności porządkiem
Skupienia
na chwili
VII Tylko Norka
Świst chmur
błysk świec
w mig
bóg
VIII Oczy
Wizyjne blaski
twarzy z okazji
Wigilii Miłości
NOC
IX Wielość komend
wysłuchać dzwonów
pomyśleń słów
X Rzeki dróg mlecznych
Już płyną
XI Popisy nadziei
Śmieszność wybuchów
śmieszności
i dym
między oczami
XII Elipsy wieczności
Ziemio
mieszkańcem jestem.
XIII Powodzie
Nic tylko kreatywność
pozostaje
Tylko zapomnienie
czasami
XIV Poezja dla ciała. Trzecia.
Poddaję się
tobie sobie ziemi
smugą deszczu
na widnokręgu
XV Poezja dla ciała. Czwarta.
Rozrastanie się
już w świadomości
osiadło w skupieniu
XVI Dolina
Świat tłumaczy się inaczej
niż pamiętasz
XVII Poezja dla Nocy
Jesteś piękniejsza
dostojnością Misterium
choć w świetle
wiem więcej,
to na nic
XVIII Poezja dla Dźwięku
Sunąć nutą po niebach
melodii
rozkosznych tańcach
zawstydzenia
XIX Muzyką Pisać
Nuty błyszczą
krwawym
księżyca sierpem
i modlitwy niosą
snom
XX Siła nieistnienia
jak śmierć
wzbija tumany kurzu
w poranny oddech
– To oddech od snu. – Asja dodała i opadła z sił.
Osunęli się na skalne ściany, jakby znowu zapadła noc. Z trudem oddychając, zamknęli powieki. W ciemności siebie widzieli kalejdoskopowe obrazy – niestety zbyt szybkie i kolorowe, by mogli za nimi nadążyć. Dłonie Asji i Laitza, wbite w ziemię i kamienie, szukały bezwiednie jakiegoś osadzenia w rzeczywistości.
Ale przecież już w niej byli, wyraźniejszej niż kiedykolwiek. Pulsowała życiem. Skały zdawały się ruszać, niczym wielkie płuca planety, a myśli dryfowały wśród ziemistego zapachu pełnego rozwibrowanych słów. Każdy oddech Asji i Laitza aktualizował ich świadomość, podsuwając stopniowo w umysły już nie tylko obrazy, ale i symbole, myśli, znaki słowne. Te, z łatwością i gracją zamieniały się w konkretne terminy w znanych im językach.
Po czasie rozpiętym w subiektywnym odczuwaniu, Asja zaczęła mamrotać swe litewskie piosenki. Dołączały do tańca podziemnej istności i Laitzowi wydało się, że dostrzega ich kształty, a nawet znaczenia, tak podobne do odczytanych poezji skał.
– Pamiętam jak w dzieciństwie dostałam w spadku taką szkatułkę z przegródkami. – głos kobiety gładko wypełnił ciszę pomiędzy jawą, a snem. – Były w niej różne skrytki, ze dwa, trzy poziomy. I składowałam tam ususzone części ciała małych zwierząt. Nie wiem… po co… – zmarszczyła brwi, jakby do tej pory tego nie pamiętała.
– I jakieś kwiaty, a raczej… pąki. Pąki nabrzmiałe, gotowe do rozkwitnięcia. Suszyłam je po kryjomu, nocą zrywając z ogrodów okolicznych babć. My nie mieliśmy ogródka, tylko małe poletko, doskonale wyskubane przez kury z choćby małego źdźbła trawy.
– Te ich kurze stópki… poskręcane, uschnięte… pamiętam. – szeptała Asja, powoli wstając.
– Ale po co…? – wymamrotał Laitz, mrugając oczami. Nie mógł dostrzec w ciemności jej sylwetki, a obrazy pąków kwiatów mieszały się w nim z kurzymi łapkami i ich twardymi pazurami. Znów jaskinne powietrze przecięły urywki piosenek z rodzinnych stron Asji.
– Te słowa były poukładane, przechowane w jaskini jak te twoje skarby w szkatułce. – mruknął mężczyzna.
– Dlatego to skojarzenie? – Laitz wreszcie wyprostował się, ale nagle miał wrażenie, że komnata się skurczyła i zaraz zawadzi głową o spiczaste stalaktyty.
– Nie wiem, ja to sobie przypomniałam. Ta szkatułka, miałam ją po dziadku, później służyła mi do trzymania orzechów i nasion. Różne rodzaje. Bardzo lubię nasiona.
Laitz zmarszczył brwi. Odczytali te wiersze? Już niczego nie był pewien.
– Przeczytaj je, musimy znaleźć dalszą drogę. – zachrypiał. Czy nie siedzieli tu zbyt długo? Chciał… nie, zobaczył w wyobraźni wieczorne niebo porysowane różowo-fioletowymi smugami i słońce niknące w oddali, za dolinami pełnymi skalnych grani.
– Przecież już wiem, znaczy odczytałam. Kluczem są cztery poezje o tym samym tytule. Słuchałeś? – Asja po cichu podeszła do jednego z tuneli.
Podziemne żyjątka zaszumiały u jej stóp, a niektóre wpełzły do wskazanego przez kobietę korytarza.
– No. Więc czwarty. – wzruszyła ramionami.
Wiedzieli, że haseł, znaków, wibracji w ułożonym na ziemi poemacie jest więcej. Lecz teraz nic więcej nie było potrzeba. Laitz zebrał swoje rzeczy i poświecił w głąb korytarza. Znów otumanił go wewnętrzny widok nieba, ale może… wyczuł go z białej skóry Asji, po której przesuwały się cienie ze światła latarki?
Latiz dotknął ramienia kobiety i zauważył, jak bardzo chropowate ma dłonie. W niewinnych, a zarazem zdziczałych oczach Asji zobaczył tysiące zwierząt i tyle starych twarzy tutejszych szamanek, że aż odskoczył, zapominając na kolejne długie godziny o pożądaniu.
Czas jednak pod ziemią nie istniał. Tylko ciało mierzyło go swymi potrzebami, a przynajmniej mierzyłoby, gdyby zarówno Laitz, jak i Asja, mieli zwykłe ludzkie ciała, zapętlone w rutynowej (rytualnej wręcz!) konsumpcji i wydalaniu.
Dodaj komentarz