ŹDŹBŁO NA ROSIE // 12 \\

powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…

źdźbło na rosie.

O jednej podziemnej podróży

Martyna Borowska, powieść 2018-2019,

ODCINEK 12

Jaskinie // 9 \\ Dla ciała ziemi

– Poezja dla ciała ziemi… – pomyślał Laitz, obserwując niezmienny krajobraz kolejnych tuneli i przesmyków, wilgotnych grot.

Mijali podziemne stworzenia, sufity pełne nietoperzy i mchy błyszczące od skapującej na nie po skalnych ścianach wody.

I ta dłoń Asji, która ich dotykała opuszkami chudziutkich palców. Niby tak niewinnie, ale jednak ze znajomością tych ścian. Dokładną i przejmującą mężczyznę do szpiku kości. Czytała struktury wielkich kamieni wokół, czuła najmniejsze cząstki, pozdrawiała dotykiem drobinki piasku, a nawet pewnie odróżniała ich kolory.

Wędrowali tak w milczeniu. Dzięki temu zakodowali w sobie dźwięki jaskinnego świata, odgłosy zwierząt i wody. Towarzyszyła im w coraz większej ilości, więc Laitz snuł fantazje o obmywanej strugami deszczu figurze Asji. Myślał o niej, bo oprócz intensywnego pragnienia eksploracji, jedyne co czuł to namiętność. Od jakiegoś czasu odbywała się tylko w głowie mężczyzny, zawieszając jego uważność na wszelkie światy pomiędzy nimi, na żywioły, świst powietrza, faktury emocji i barwę dźwięku jej głosu. Gdyby tylko wiedziała o wewnętrznym rozbudzeniu Laitza! Gdyby dostrzegła w jego oczach powiew nowej perspektywy – odkrytej czułości przed sobą samym!

Może wtedy historia potoczyłaby się inaczej?

Projekcje w umyśle Laitza zaczęły zataczać spirale i właśnie wtedy jaskinia przyszła z pomocą.

Podziemny świat wykrzyknął zaklęcie, podstępnym czarem usunął obiekt rozkojarzeń z pola widzenia, może nawet z życia mężczyzny.

Laitz, łażąc po tunelach samotnie przez tyle lat, nie kontrolował strumienia myśli, sycąc się swym położeniem i podniosłością chwili obecnej. Każdy Czas był jego. Zawsze. Ale gdy pojawiało się cokolwiek w zasięgu mężczyzny, następowało przekierowanie energii na te czynniki poboczne i zasilanie ich. Z reguły irytacją, zażenowaniem, a przede wszystkim: niecierpliwością.

Niecierpliwość pojawiała się też wtedy, gdy labirynty jego wszelkich myśli, nawet dotyczących jaskiń, zakrywały mu dany moment, zaprzepaszczając klarowny wgląd w sytuację. I czucie jaskiń! Wtedy, paradoksalnie, coś z zewnątrz wyciągało mężczyznę z zapętlenia. Niczym nić dentystyczna wydostawała się z jego splątanego mentalu krystaliczna świadomość. Czy faktycznie była jak kryształ? Laitz raczej odczuwał ją po prostu jako nić, cienką i zwinną, ale z pewnym bólem wyłażącą, wyciąganą jakby siłą z jego mózgu.

Podobnie przebiegały u niego próby wyrażenia jakiejś istotnej myśli, idei, opinii.

Znów przypomniało się Laitzowi wieczorne niebo. Albo to Asja mu je przypomniała, gdy jej jasna skóra i burza rozświetlonych bielą włosów, zniknęła w ciemnej ziemi. Dlatego zachodzące słońce w wizji Laitza miało fioletowe i sine barwy.

Asja leciutko stawiała stopy, ukochując całą sobą jaskinne sklepisko. Ale nie było ubite – nie zawsze. W końcu zaczęło przemieniać się w piasek i podskórnie czuli, choć się tym nie dzielili, że może zmierzają do wyjścia.

Lecz stopy Asji wbrew przewidywaniom, zaczęły zanikać pod piaskiem.

Nim Laitz zareagował, choćby najszybszym impulsem, znalazła się już po uda w brunatnej ziemi, w piachu pełnym pyłu i dziwnych skorupiaków. Pisnęła.

A zaraz potem – przy próbie wygrzebania się rękami – zapadła całkowicie.

Piach osunął się za nią, jakby grał pożegnalną pieśń i wszystko ucichło.

Laitz oniemiał. Poczuł smutek. Nieokreślony, rozedrgany w powietrzu, ruchliwy, jak ruchome piaski… na ciele Asji. Dotykały jej! Wykrzyknęły myśli Laitza, może zazdrosne. Ale on już patrzył naprzeciw, na brak dalszego korytarza, na zaułek, w którym wylądowali przez dziecinne wierszyki Asji.

Mężczyzna nie sądził, że da radę coś zrobić, pomóc kobiecie. Musiałby skoczyć za nią, lecz wtedy jego misja nie miałaby sensu. Osamotniony cel ginie, spala się i w dymie rysuje niezaistniałe nigdy historie.

Laitz zaś, dzięki powrotowi samotności, jego namiętnej przyjaciółki, mógł skoncentrowany cofnąć się o kilkanaście metrów i skręcić do lewej odnogi korytarza. Z braku innych możliwości sądził, że nic lepszego nie mogło go spotkać. Wiedział z doświadczenia, że najlepiej jest gdy w pewnym momencie jaskinia sama zaczyna kierować nogami wędrowca. Od pewnego punktu dostępne są bowiem tylko pojedyncze, jednoznaczne przejścia i przesmyki.

Laitz tak właśnie wyobrażał sobie podziemny tunel, okalający niczym wstęga planetę Ziemię. Wstęgę osobliwą, ale w jednolitym odcieniu. Barwie nieznanej ludzkości. Laitz jednak rozpoznawał barwę tunelu. Kształt i zapach, zwierzęta, polujące nietoperze. Znów poszedł za strumieniem myśli.

Nie okazało się to słuszne.

Komentarze

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij