[tysiąc i jedna zasłona 2]

Opadły kolejne, która nałożyłam na pisarstwo – dążenia, oczekiwania, cele. Jak dobrze wrócić do domu, z którego nigdy się nie wyszło, bo nie było gdzie, bo ów dom w przestrzeni niezmierzonej i w bezczasie trwa…

Tym razem moja opowieść o zdzieraniu zasłon, które oddzielają mnie od rdzenia mej pasji i twórczości, będzie dotyczyć bólu istnienia. Wspomnień przykrywających dzień ciemnym całunem, listopada choć go jeszcze nie ma, nocy skorpiona, którego tak dużo mam w horoskopie.

A zatem pisarze i pisarki miewają trudności egzystencjalne. U mnie najczęściej wynikają z tego, że zamiast pisać lub pracować nad tekstami, robię inne rzeczy. A ponieważ owe rzeczy są również spójne ze mną, są interesujące, nowatorskie i po prostu zajebiste, to pisarstwo schodzi na dalszy plan, aż zostaje zasłonięte kilkoma grubymi warstwami doświadczeń – zasłon metaforycznych w tym tekście. Zasłony te nie zacierają mego pisarstwa, a je lekko przysłaniają. O tak. I a sobie żyję w nieco oderwaniu. To czasem dobrze wpływa na głowę, ochłonąć od tekstów, od słów, od fabuły, bohaterów. Ostatnio pisałam ciurkiem powieść fantastyczną, a raczej jej zalążki, bo to wielki projekt jest – na całe życie (już to wiem). I zatrzymałam się na pewnym momencie, który dopiero teraz ruszył dalej, bo ja wróciłam – te zasłony odpięłam, złożyłam i chyba ich już nie zawieszę znowu. To bez sensu, jak i tak je zdejmuję. Więc wróciłam do tego tekstu – sama się zmieniłam i otworzyłam na nową głębię fabuły i historii bohaterów. Po to jest to odchodzenie i wracanie – by mieć nową perspektywą, odświeżoną.

A jednak powroty są uczuciem dojmującym, mocnym, jak trzaśnięcie, jak zimna woda. Jak Medycyna Mrozu. I myślę sobie wtedy, gdzie JA byłam, co myślałam sobie, czemu. Otóż temu, że człowiekowi nie chce się ciągle siedzieć i klikać, pisać, spisywać, na tym etapie życia chcę ruchu i spotkań, chcę ekstazy i ekscytacji. Lecz pisarskie życie jest ach… i piękne i trudne zarazem. Nie mówmy o tym. Pomówmy o tym bólu istnienia, o kłopotach egzystencji, jakie pojawiają się, gdy człowiek przysłoni swe źródło zasilania, swą największą pasję, nieco odskoczy, zbada inne terytorium.

Gdy już widzę ten ból, że coś jest nie tak, coś uzdrawiam i transformuję. Robi się grubo, duchowe ekscesy, procesy, rytuały. Wychodzę nieco nad powierzchnię zdarzeń, łapię oddech i nurkuję znowu. Widzę ten ból, szukam ratunku, wskazówki. Myślę o pisaniu, ale nie, to za mocne. Miotam się jeszcze chwilę i w końcu wyciągam zeszyt jakiś (nie)przypadkowy. Stare teksty, jakieś wiersze, nawet piosenka. Czytam kilka słów i one jak wrota otwierają przede mną otulenie.

Sama siebie otulam słowami sprzed lat.

Czasem sprzed wielu lat, a czasem sprzed kilku miesięcy.

W każdym razie jest to potężne otulenie, ukierunkowanie, powitanie w domu. No hej, tęskniliśmy. Mówią Słowa. Mówi mistyka języka. Mówi moja własna dusza zszyta ze słowami misternie i łagodnie. Tak pięknie mnie witają, że jeszcze tego samego dnia otwieram zeszyty z zaczętą powieścią i w te rozbebeszone strony, fruwające kartki, tysiące notatek i adnotacji, w nie próbuję wniknąć i odnaleźć strukturę. Mam to, po chwili dopisuję fragmenty ostatniej sceny, bo mam już wizję dalszego ciągu, bo dorosłam do niego. Bo dojrzałam.

I tak jestem z tym teraz, odnowiona i znów bez zasłon. A gdy znów się pojawią po czasie je zdejmę, ale może szybciej? a może ich warstwy będą cieńsze? Otóż to- harmonię wprowadzić w inne działanie i w to najważniejsze, pisarstwo, harmonię co wagi podobno mają ją wypracowaną (ja mam). A jednak ten skorpion niepokoi i tak znany się zdaje, głębią, głębią, głębią nęci różnych wymiarów i galaktyk. Tak, odnowiona jestem w głębi swej dojrzałości. Wiem gdzie idę i po co sięgam, zatem dla Was tu i teraz przynoszę wiersze sprzed kilku ładnych lat, gdy zaczynałam studia filozoficzne i dużo we mnie było czystej radości i ekscytacji wobec ścieżki, która teraz czasem przyblakła się zdaje, a przecież wciąż jest ta sama – ducha z materią łączyć uczy i tańczyć na cienkiej linii horyzontu, harmonii przeciwieństw.

WIERSZE

Ja jestem tym Drzewem

o rdzeniu głębokim

– to ziarno narodzin

i owoc poznania.

Wychodzę i wchodzę

w czas

kiedy zechcę

i zbieram plony,

nie myślę: chce jeszcze.

Same spadają pod nogi.

Wyciągam dłonie –

chodź, przytul się wreszcie.

Odetchnij spokojem

bezkresu harmonii

pozwoleniem jej cichym

na bycie cielesne,

na dotyk natury

w naturze – człowieka

Obejmij Drzewo i powiedz:

już Jestem.

Wstęgi światła

jaśniejąc

wibrują w przestrzeni.

Otwierają skrzynie

wieczności

a z niej

wysypują się gwiazdy,

by spłynąć na ziemię

energią

w drzewa

odłamkiem

błyskiem

strzelają w świat

aktami umysłu.

Lecz on pozostaje

wciąż z boku i patrzy

wiatr wieje mu twarz

ja jestem tym wiatrem.

Oddechem życia

i tym, co pomiędzy

zasłoną iluzji

ani ziemią,

ani niebem.

Zazielenić utwierdzanie się

w pewności światło-czucia.

Zapach trawy,

zwiewna suknia

Dąb.


Komentarze

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij