odcinek 16

źdźbło na rosie

o jednej podziemnej podróży

Skała

Kobieta Matka Babka Bogini o wielu twarzach siedziała niczym posąg, choć wszystko w niej się przelewało. Zrobiona z pięknych kamieni, które w środku nie zastygły. Były płynne, ciągle w ruchu, w kreacji.

Siedziała z fletem wielkości długiej gałęzi albo małego człowieka. Z drewnianym fletem pełnym wiecznych melodii. I to one były jej językiem.

Ciepło tej groty było wypełniającą kobietę energią. Tętniła wraz z ziemią. Tętniła tworzeniem. Skały przesuwały się w nieokreślonym początkowo rytmie. Powoli, od najmniejszych, aż po te stanowiące niezauważalny ruch gór.

Rzeki znajdowały nowe koryta.

Grota nie budziła podejrzeń.

Była duża, na wylocie z jaskiń, przestronna i dobrze usytuowana pośród skał, stabilnych i niskich.

Być może więc śnili na jawie ze zmęczenia i poddenerwowania, z niecierpliwości i osamotnienia. Oczy przekrwione, zamglone, insynuowały sobie sceny z mitów.

Że świat zaczął się zmieniać, natura wprowadziła nowe prawa, żywioły zamieniły się rolami.

Grota, w której trwali uczestnicy podróży bez najmniejszego dźwięku przesunęła się.

Potem kamyczki regularnie zaczęły się przesypywać, a piach zgrzytać.

Ściana jaskini znajdowała się coraz bliżej jej środka. Blisko ognia i siedzących wokół niego Juliusza, Rubian i Kolumbijskich braci.

Patrzyli na to osobliwe zjawisko jak w hipnozie i może zostaliby stratowani przez ruszające się skały, gdyby nie reakcja Kolumbijczyków.

Nie podnieśli alarmu, nie powiedzieli choćby słowa, że zjawiska wokół mogą im zagrażać. Wpatrzeni w ognisko, tlące się słabo w centrum ich kręgu, pokiwali lekko głowami.

A zatem dotarł.

Rozrzucone za ich plecami cząstki roślin, z których Asja jakiś czas temu przygotowywała ciepły wywar, zadrżały pod wpływem odradzającego się w nich życia. Patyczki, strzępki listków, łodygi, wypuściły nikłe korzonki i wniknęły nimi w ziemię. Rubian na ten widok pisnęła i rzuciła się Juliuszowi w ramiona. Coś się zmieniło, a raczej zaczęło zmieniać. Nawet zapach ludzi.

– Proszę bardzo. Mamy odpowiedź. – Warknął Juliusz, jakby do siebie, bo nikt nie znał pytania.

– Ona nas potruła. – Dodał, wskazując palcem na rośliny, które teraz dostały kolejnych elementów. Pączki, listki rosły sobie z lekkością i swobodą. Choć do groty nie docierało słońce i nie było go nawet na niebie.

Carlos i Juan potarli czoła i zaczęli zbierać rzeczy, a następnie pakunki wyrzucać na zewnątrz poprzez wyjście z groty.

– Czuję ciśnienie w głowie. – Załkała Rubian. – Takie napięcie, jakby coś się tam podgrzewało.

– Drżenie neuronów, nie wiem! – Trzymała się mocno za skronie. – Nie umiem tego uwolnić, wypuścić.

– Czego kochanie? – Juliusz trzymał ją za ramiona, dotykał twarzy delikatnie, z namaszczeniem.

– Masz rację. – Rozejrzała się w panice. Jej oczy były nienaturalnie duże. – Ona nas potruła. – wycedziła, a z ust kapnęła jej strużka śliny, co sprawiło, że przez chwilę upodobniła się do syczącego węża. Juliusz pogłaskał żonę po głowie.

– To przez pogodę i te… skały… Rozluźnij się. – Szepnął i zostawił ją przy ogniu.

Sam jednak czuł wewnętrzne dudnienie, jakby w głowie zgromadziły się wszystkie słowa i myśli, jakie kiedykolwiek pomyślał i usłyszał. To napięcie czyniło go wrażliwym na bodźce, a zarazem odgrodzonym od świata. Zamglona percepcja, umysł tonący w mule, jakby zmysły mężczyzny spotkała bagnista kąpiel. Odpadały od niego, kawałek po kawałku.

– Aaaaaa! – Zawyła Rubian. Skalna ściana była tuż przy niej, odsuwała się więc na drugą stronę ognia.

– Boli!

Kolumbijczycy wynosili skrzętnie sprzęty, ubrania, rzeczy i szeptali do siebie.

– Rubian, chodź. – Juliusz stał przy wyjściu z groty. Nagle przypomniał sobie o Laitzu, o Asji, o misji, o ich wędrówce i czasie na otwartych przestrzeniach.

– To, co czuję jest jak… jak… jak… głosy szumiące w środku mnie, których nie umiem wyrazić.

– Aaaa… Dlaczego? Co to znaczy?

– To powiedz skarbie, powiedz teraz.

Rubian zawyła. Nic nie wydusiła z siebie, a jej twarz była cała czerwona.

– Chodź. Siedzisz za blisko ognia. – Juliusz odciągnął kobietę i wtedy skała z lekkim chrzęstem weszła na ognisko. Kilka strzałów iskier, kotłujący się popiół. Zapadła cisza. Wszystko zamilkło.

– Musimy uciekać. – Szepnął Juliusz, lecz kleknął przy niej. Nie było światła, bracia Carlos i Juan byli na zewnątrz, zabrali cały sprzęt. Juliusz trzymał mocno żonę za ramię i przez chwilę słyszał tylko ich buzujące, szumiące głowy. Kotlinę pełną niewyrażonych zdań, potrzeb, myśli, a pewnie i emocji oraz ukrytych wspomnień.

Nie miał przestrzeni w sobie na ocenę sytuacji i zadanie pytania, co oni tu u licha robią.

Ale gdyby nie Laitz, nie poznałby Rubian. Poczuł jej miękkie ciało pod palcami i odetchnął.

– Weź głębokie oddechy, to pomaga. – Stwierdził i chwiejąc się jak dwie marionetki, wstali.

– Te wszystkie litery, alfabety, znaki… kształty dawne i nowe. Tych liter jest tak dużo, Juliuszu…

– Jakbym czegoś nie zrozumiała. Nie wiem jak je posiąść, zrozumieć, przekazać dalej. Tętnią życiem. Są rozsypane, są niesłyszalne, a chciałyby… jest tyle konfiguracji, konfrontacji, tyle ścieżek, każdy znalazł swoją…? A ja? Tylko odtwarzam? Za dużo ich spada, są tak różne, tak piękne… I straszne…

Palce Rubian wciśnięte były w jej bujne loki. Juliusz wymacał je w ciemności i przyciągnął ukochaną do siebie.

– Cii…

Te wszystkie miejsca, w których byli, jaskinie i tunele, lasy i podwodne groty, wyświetliły im się przed oczami, jak film. Ogrom doświadczeń wyciągniętych z ziemi i słów jej własnych, zakodowanych w roślinach i szumie wody.

– Musimy rozłożyć namiot. – Zauważył Juliusz.

Kolumbijczycy spojrzeli na siebie.

– Czas wracać. – Powiedział Juan.

– A Laitz? – Juliusz zerknął na rozdygotaną Rubian. Gdzie się podziała jej kwitnąca, piękna i dzika siła? Zapragnął ułożyć kobietę w świetle księżyca, by też wyciągnęła się i napęczniała.

– Dni są takie krótkie, a noce zbyt długie… – Zajęczała Rubian. – Czy te słowa z porostów były zaklęciami?

– Nie wiadomo.

– Czas wracać. – Powtórzył Juan.

– Już możemy. – Dodał Carlos.

Komentarze

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij