– Poezja dla ciała ziemi… – pomyślał Laitz, obserwując niezmienny krajobraz kolejnych tuneli i przesmyków, wilgotnych grot.
Mijali podziemne stworzenia, sufity pełne nietoperzy i mchy błyszczące od skapującej na nie po skalnych ścianach wody.
I ta dłoń Asji, która ich dotykała opuszkami chudziutkich palców. Niby tak niewinnie, ale jednak ze znajomością tych ścian. Dokładną i przejmującą mężczyznę do szpiku kości. Czytała struktury wielkich kamieni wokół, czuła najmniejsze cząstki, pozdrawiała dotykiem drobinki piasku, a nawet pewnie odróżniała ich kolory.
Wędrowali tak w milczeniu. Dzięki temu zakodowali w sobie dźwięki jaskinnego świata, odgłosy zwierząt i wody. Towarzyszyła im w coraz większej ilości, więc Laitz snuł fantazje o obmywanej strugami deszczu figurze Asji. Myślał o niej, bo oprócz intensywnego pragnienia eksploracji, jedyne co czuł to namiętność. Od jakiegoś czasu odbywała się tylko w głowie mężczyzny, zawieszając jego uważność na wszelkie światy pomiędzy nimi, na żywioły, świst powietrza, faktury emocji i barwę dźwięku jej głosu. Gdyby tylko wiedziała o wewnętrznym rozbudzeniu Laitza! Gdyby dostrzegła w jego oczach powiew nowej perspektywy – odkrytej czułości przed sobą samym!
Może wtedy historia potoczyłaby się inaczej?
Projekcje w umyśle Laitza zaczęły zataczać spirale i właśnie wtedy jaskinia przyszła z pomocą.
Podziemny świat wykrzyknął zaklęcie, podstępnym czarem usunął obiekt rozkojarzeń z pola widzenia, może nawet z życia mężczyzny.
Laitz, łażąc po tunelach samotnie przez tyle lat, nie kontrolował strumienia myśli, sycąc się swym położeniem i podniosłością chwili obecnej. Każdy Czas był jego. Zawsze. Ale gdy pojawiało się cokolwiek w zasięgu mężczyzny, następowało przekierowanie energii na te czynniki poboczne i zasilanie ich. Z reguły irytacją, zażenowaniem, a przede wszystkim: niecierpliwością.
Niecierpliwość pojawiała się też wtedy, gdy labirynty jego wszelkich myśli, nawet dotyczących jaskiń, zakrywały mu dany moment, zaprzepaszczając klarowny wgląd w sytuację. I czucie jaskiń! Wtedy, paradoksalnie, coś z zewnątrz wyciągało mężczyznę z zapętlenia. Niczym nić dentystyczna wydostawała się z jego splątanego mentalu krystaliczna świadomość. Czy faktycznie była jak kryształ? Laitz raczej odczuwał ją po prostu jako nić, cienką i zwinną, ale z pewnym bólem wyłażącą, wyciąganą jakby siłą z jego mózgu.
Podobnie przebiegały u niego próby wyrażenia jakiejś istotnej myśli, idei, opinii.
Znów przypomniało się Laitzowi wieczorne niebo. Albo to Asja mu je przypomniała, gdy jej jasna skóra i burza rozświetlonych bielą włosów, zniknęła w ciemnej ziemi. Dlatego zachodzące słońce w wizji Laitza miało fioletowe i sine barwy.
Asja leciutko stawiała stopy, ukochując całą sobą jaskinne sklepisko. Ale nie było ubite – nie zawsze. W końcu zaczęło przemieniać się w piasek i podskórnie czuli, choć się tym nie dzielili, że może zmierzają do wyjścia.
Lecz stopy Asji wbrew przewidywaniom, zaczęły zanikać pod piaskiem.
Nim Laitz zareagował, choćby najszybszym impulsem, znalazła się już po uda w brunatnej ziemi, w piachu pełnym pyłu i dziwnych skorupiaków. Pisnęła.
A zaraz potem – przy próbie wygrzebania się rękami – zapadła całkowicie.
Piach osunął się za nią, jakby grał pożegnalną pieśń i wszystko ucichło.
Laitz oniemiał. Poczuł smutek. Nieokreślony, rozedrgany w powietrzu, ruchliwy, jak ruchome piaski… na ciele Asji. Dotykały jej! Wykrzyknęły myśli Laitza, może zazdrosne. Ale on już patrzył naprzeciw, na brak dalszego korytarza, na zaułek, w którym wylądowali przez dziecinne wierszyki Asji.
Mężczyzna nie sądził, że da radę coś zrobić, pomóc kobiecie. Musiałby skoczyć za nią, lecz wtedy jego misja nie miałaby sensu. Osamotniony cel ginie, spala się i w dymie rysuje niezaistniałe nigdy historie.
Laitz zaś, dzięki powrotowi samotności, jego namiętnej przyjaciółki, mógł skoncentrowany cofnąć się o kilkanaście metrów i skręcić do lewej odnogi korytarza. Z braku innych możliwości sądził, że nic lepszego nie mogło go spotkać. Wiedział z doświadczenia, że najlepiej jest gdy w pewnym momencie jaskinia sama zaczyna kierować nogami wędrowca. Od pewnego punktu dostępne są bowiem tylko pojedyncze, jednoznaczne przejścia i przesmyki.
Laitz tak właśnie wyobrażał sobie podziemny tunel, okalający niczym wstęga planetę Ziemię. Wstęgę osobliwą, ale w jednolitym odcieniu. Barwie nieznanej ludzkości. Laitz jednak rozpoznawał barwę tunelu. Kształt i zapach, zwierzęta, polujące nietoperze. Znów poszedł za strumieniem myśli.
Laitz i Asja stanęli nad rozległą księgą stworzoną na ziemi poprzez rysowanie na niej kawałkiem kamyka. Asja przerysowała naskalne słowa. Teraz napisy uwypuklone bardziej czytelną czcionką, odtwarzały uspokojone, uśpione skalne opowieści z mchów i porostów. Kobieta wykonała tę pracę dosyć szybko i z fanatyczną dokładnością. Musiała wchodzić w nieznane im odnogi komnaty, podążała za numeracją poszczególnych zdań. Czy raczej zlepków słów, które tworzyły obrazy, gdy je odczytywali…
Sposób ułożenia ust, rodzaj dźwięku, jego kształt, wydychane powietrze – to wszystko sprawiało, że nie musieli znać języka, by zrozumieć przekaz. W zasadzie TO właśnie był język.
Oszołomieni, wypełnieni nieskazitelną energią wieczności, spojrzeli na siebie.
Asja odczytywała na głos urywki, a Laitz sycił się ich brzmieniem i sposobem, w jaki kobieta wysławiała znaki, być może pierwsza na ziemi.
Chyba, że… faktycznie ktoś zamieszkiwał te tunele albo były one czymś w rodzaju podziemnego ogrodu. Laitz nie mógł się powstrzymać od tych myśli i przewidywań.
– Jesteśmy w labiryncie? – spytał.
– Nie… Tu jest kod. – mruknęła Asja. – Po to je przepisałam. – dodała, wzruszając ramionami.
– Poezja dla ciała. – odczytała i gdy melodyjnie dobrnęła do końcówki, zerknęła hipnotycznie na mężczyznę. Laitz przełknął ślinę i przeczytał w skupieniu drugą poezję. Kolejnymi wymieniali się w rytm osobliwej harmonii ze słowami.
I Poezja dla ciała
Szumią drgnienia powiek
kaskadą rozmywających się
pomysłów
II Rozkosz Przyjemności
Światło wezwaniem
wzniosło śpiew
czuwających
Miękkość ich głosów
utkała gwiazdy na niebie.
III Ziarna Kropli
Schody w głąb Ziemi i
cuda znów
zamknęły oczy
zimnym wiatrem.
Przestworza zamilkły.
IV Poezja dla ciała. Druga.
Są wszędzie
myśli o życiu
Łączniki z rzeczywistością
poza obrazy śmierci
V Nora
Uciekamy z Ziemi,
a jeszcze dobrze na niej
nie wylądowaliśmy
VI Miłość i Pokój
Wiedzie przez stepy
dolin bezbrzeżnych
Nadzieja
wieczności porządkiem
Skupienia
na chwili
VII Tylko Norka
Świst chmur
błysk świec
w mig
bóg
VIII Oczy
Wizyjne blaski
twarzy z okazji
Wigilii Miłości
NOC
IX Wielość komend
wysłuchać dzwonów
pomyśleń słów
X Rzeki dróg mlecznych
Już płyną
XI Popisy nadziei
Śmieszność wybuchów
śmieszności
i dym
między oczami
XII Elipsy wieczności
Ziemio
mieszkańcem jestem.
XIII Powodzie
Nic tylko kreatywność
pozostaje
Tylko zapomnienie
czasami
XIV Poezja dla ciała.Trzecia.
Poddaję się
tobie sobie ziemi
smugą deszczu
na widnokręgu
XV Poezja dla ciała. Czwarta.
Rozrastanie się
już w świadomości
osiadło w skupieniu
XVI Dolina
Świat tłumaczy się inaczej
niż pamiętasz
XVII Poezja dla Nocy
Jesteś piękniejsza
dostojnością Misterium
choć w świetle
wiem więcej,
to na nic
XVIII Poezja dla Dźwięku
Sunąć nutą po niebach
melodii
rozkosznych tańcach
zawstydzenia
XIX Muzyką Pisać
Nuty błyszczą
krwawym
księżyca sierpem
i modlitwy niosą
snom
XX Siła nieistnienia
jak śmierć
wzbija tumany kurzu
w poranny oddech
– To oddech od snu. – Asja dodała i opadła z sił.
Osunęli się na skalne ściany, jakby znowu zapadła noc. Z trudem oddychając, zamknęli powieki. W ciemności siebie widzieli kalejdoskopowe obrazy – niestety zbyt szybkie i kolorowe, by mogli za nimi nadążyć. Dłonie Asji i Laitza, wbite w ziemię i kamienie, szukały bezwiednie jakiegoś osadzenia w rzeczywistości.
Ale przecież już w niej byli, wyraźniejszej niż kiedykolwiek. Pulsowała życiem. Skały zdawały się ruszać, niczym wielkie płuca planety, a myśli dryfowały wśród ziemistego zapachu pełnego rozwibrowanych słów. Każdy oddech Asji i Laitza aktualizował ich świadomość, podsuwając stopniowo w umysły już nie tylko obrazy, ale i symbole, myśli, znaki słowne. Te, z łatwością i gracją zamieniały się w konkretne terminy w znanych im językach.
Po czasie rozpiętym w subiektywnym odczuwaniu, Asja zaczęła mamrotać swe litewskie piosenki. Dołączały do tańca podziemnej istności i Laitzowi wydało się, że dostrzega ich kształty, a nawet znaczenia, tak podobne do odczytanych poezji skał.
– Pamiętam jak w dzieciństwie dostałam w spadku taką szkatułkę z przegródkami. – głos kobiety gładko wypełnił ciszę pomiędzy jawą, a snem. – Były w niej różne skrytki, ze dwa, trzy poziomy. I składowałam tam ususzone części ciała małych zwierząt. Nie wiem… po co… – zmarszczyła brwi, jakby do tej pory tego nie pamiętała.
– I jakieś kwiaty, a raczej… pąki. Pąki nabrzmiałe, gotowe do rozkwitnięcia. Suszyłam je po kryjomu, nocą zrywając z ogrodów okolicznych babć. My nie mieliśmy ogródka, tylko małe poletko, doskonale wyskubane przez kury z choćby małego źdźbła trawy.
– Te ich kurze stópki… poskręcane, uschnięte… pamiętam. – szeptała Asja, powoli wstając.
– Ale po co…? – wymamrotał Laitz, mrugając oczami. Nie mógł dostrzec w ciemności jej sylwetki, a obrazy pąków kwiatów mieszały się w nim z kurzymi łapkami i ich twardymi pazurami. Znów jaskinne powietrze przecięły urywki piosenek z rodzinnych stron Asji.
– Te słowa były poukładane, przechowane w jaskini jak te twoje skarby w szkatułce. – mruknął mężczyzna.
– Dlatego to skojarzenie? – Laitz wreszcie wyprostował się, ale nagle miał wrażenie, że komnata się skurczyła i zaraz zawadzi głową o spiczaste stalaktyty.
– Nie wiem, ja to sobie przypomniałam. Ta szkatułka, miałam ją po dziadku, później służyła mi do trzymania orzechów i nasion. Różne rodzaje. Bardzo lubię nasiona.
Laitz zmarszczył brwi. Odczytali te wiersze? Już niczego nie był pewien.
– Przeczytaj je, musimy znaleźć dalszą drogę. – zachrypiał. Czy nie siedzieli tu zbyt długo? Chciał… nie, zobaczył w wyobraźni wieczorne niebo porysowane różowo-fioletowymi smugami i słońce niknące w oddali, za dolinami pełnymi skalnych grani.
– Przecież już wiem, znaczy odczytałam. Kluczem są cztery poezje o tym samym tytule. Słuchałeś? – Asja po cichu podeszła do jednego z tuneli.
Podziemne żyjątka zaszumiały u jej stóp, a niektóre wpełzły do wskazanego przez kobietę korytarza.
– No. Więc czwarty. – wzruszyła ramionami.
Wiedzieli, że haseł, znaków, wibracji w ułożonym na ziemi poemacie jest więcej. Lecz teraz nic więcej nie było potrzeba. Laitz zebrał swoje rzeczy i poświecił w głąb korytarza. Znów otumanił go wewnętrzny widok nieba, ale może… wyczuł go z białej skóry Asji, po której przesuwały się cienie ze światła latarki?
Latiz dotknął ramienia kobiety i zauważył, jak bardzo chropowate ma dłonie. W niewinnych, a zarazem zdziczałych oczach Asji zobaczył tysiące zwierząt i tyle starych twarzy tutejszych szamanek, że aż odskoczył, zapominając na kolejne długie godziny o pożądaniu.
Czas jednak pod ziemią nie istniał. Tylko ciało mierzyło go swymi potrzebami, a przynajmniej mierzyłoby, gdyby zarówno Laitz, jak i Asja, mieli zwykłe ludzkie ciała, zapętlone w rutynowej (rytualnej wręcz!) konsumpcji i wydalaniu.
Laitz sądził, że każda podróż jest ostatecznie samotną wędrówką w głąb siebie. Wiedział, że końcowy efekt wszyscy kompani odczytają sami, niezależnie czy podzielali jego wizję czy nie. Z Asją był ten kłopot… Nie wiedział o niej nic, prócz kilku faktów takich jak imię i zainteresowania. Lecz sposób bycia tej efemerycznej kobiety skłaniał go do ostrożności i równocześnie niekontrolowanej często namiętności. Gdy skały przemawiały coraz donośniej, zrozumiał, że coś jest nie tak, inaczej.
Zapętlił się lub nie było dalszej drogi, tylko labirynty mchów i złożonych z nich onirycznych, słownych obrazów. Głosy się nasilały, podziemny wir kurczył i nagle wszystko wyglądało tak samo, a figury tworzone przez stalaktyty dawały mężczyźnie fałszywe znaki, przemawiając na przemian ludzkim głosem.
Laitz nie zatrzymywał się, a i tak był w tym samym miejscu. W jego głowie mieszały się wspomnienia z dzieciństwa i pełnej nietoperzy groty. A tak naprawdę zaczął dostrzegać byty gnieżdżące się w tych rozległych komnatach. Zwierzęta zagrzebane pod piachem i wlepione w niego ślepe oczy pozbawione powiek. Jeśli słyszane głosy były pomieszanymi dźwiękami zwierząt? I nie znaczyły nic? A co z napisami? Na ile były realne?
Jeśli to czyjś dom, do którego mężczyzna wdarł się nieprzewidzianym przez mieszkańców przesmykiem…?
Zatem odciął się, całkowicie. Prawdziwe zanurzenie się we wnętrznościach. Majstersztyk. Laitz poczuł wzbierającą falę ekscytacji, płynącą poprzez kręgosłup.
I wtedy śpiewny głos rozbrzmiał w jego głowie. Wyliczanka jakby, krótkie wersy pełne kształtów i kolorów, pełne drobinek światła osadzonego na skałach.
– Poezja dla ciała. Druga. – lekkie słowa. Znał to brzmienie.
– Druga? – zawołał. Czemu druga.
– Pierwsza była wcześniej o trzy wiersze. – odpowiedział po chwili głos. Wciąż daleki i trudny do zlokalizowania.
Jednak zaraz potem rozległ się tupot i podziemne żyjątka pochowały się w popłochu pod kamienie i w szczeliny. Asja wybiegła z jednego z korytarzy, wpadając wprost na oszołomionego Laitza. Nie panując nad sobą uścisnął kobietę, a ta zaskoczona uniosła do góry znalezioną po drodze męską koszulę.
– Myślałam, że coś się stało.
A Laitz nawet nie pamiętał, że ją zrzucił. Jaskinie mówiły zbyt głośno, a teraz…
– Cicho… – szepnął, zatykając jej usta wielką dłonią. Rozejrzał się wokół i komnata pełna stalaktytów wyglądała na inną niż wcześniej. Może jednak było dalsze przejście, ale słowa się urywały…
– Co jest poza słowami? – spytała Asja, siłą odrywając dłoń mężczyzny od swej twarzy. Podała mu koszulę, przeczesując wzrokiem jego zdziczały tors.
– Nie wiem. Rozumiesz je? Może nic tam nie być. Znaczy… to labirynt jakby albo ostateczny kres. Wszystkie drogi prowadzą tu.
– Tak? – zdziwiła się Asja.
Milczeli, wpatrując się w siebie spod zmarszczonych brwi. Wreszcie kobieta okrążyła komnatę i poznikała w różnych jej odnogach.
– Nie, jest trochę więcej poezji. – stwierdziła. – Ale nie wiem która ostatnia. Są numerowane.
Laitz słuchał, ale wypuszczał wszystko drugim uchem. Zastanawiał się, co jest realne, a co nie. Czasem chłodne powietrze owiewało jego zastygłą sylwetkę. Kobieta, czując w swych rękach nagłe wibracje, zaczęła na ziemi odtwarzać kształty ze ścian. W pośpiechu ponumerowała poszczególne wersy. Przy okazji upychając do sakiewki jakieś dziwne okazy roślin, porostów i korzeni. I choć nie wiedzieli, jaka była pora dnia lub nocy, po dłuższym czasie tej artystycznej i kluczowej dla całej wyprawy kreacji, wciąż bez słów, ułożyli się obok siebie na strzępkach ubrań i zasnęli ze zmęczenia.
Asja wpatrywała się w odłamki błyszczących kamyków, które leżały na gruzach przy wejściu do jaskini – a raczej do jej drugiego przejścia, gdzie kilka dni temu zniknął Laitz. Czekali na niego dość długo, ale w zasadzie czas rozpłynął się w pomrukach ogniska, płonącego nieprzerwanie od tej pierwszej nocy.
I nie było tak, że nagle wszyscy zrozumieli, że Laitza nie ma niepokojącą ilość chwil. Asja zawędrowała w głąb tuneli, węsząc za osobliwymi porostami na ścianach. W powietrzu, wilgotnym i ziemistym, unosił się ciężkawy, zadumany zapach. Znała go. Zapach głodu przygód, a może raczej żądzy zgubienia i odnalezienia jakichś odłamków siebie w tej całej podziemnej krainie.
Laitz emanował tym głodem i pewnie w dużej mierze dlatego tak przyciągał uwagę innych, ich bezwarunkowe oddanie. Potrafił – mało mówiąc – przekazać każdemu iskrę ekscytacji wędrówką w nieznane, za wyimaginowaną ideą odkrycia tunelu pod ziemią. Tunelu łączącego w sieć jaskinną, praktycznie całą kulę ziemską.
Asja widziała te idee baśniowo, fantazją łącząc wszelkie paradoksy, możliwe-niemożliwe. I prostą wiarą tylko w swoją drogę odkrywania pradawnych ziół, roślin zamarłych w czasie pod ziemią.
Nim się obejrzała, była jeszcze głębiej pod nią. Mchy obrastały ściany, a wyjątkowo matowe kamienie uzupełniały pierwszą komnatę, którą dostrzegł Laitz. Asja, niczym zaczarowana, przekraczała kolejne przejścia i tunele, mijając po drodze tysiące roślin i kształtów. Zerkała na nie przelotem, a palcami muskała obłe kamyki.
Jaskinia – czy może jaskinie – były wilgotne. Powietrze ziemiste i botaniczne, przesiąkało naskórek, by z łatwością stać się częścią ciała Asji. A gleba z radością pochłaniała jej stopy.
Asja szła w milczeniu, co jakiś czas odczytując tylko enigmatyczne naskalne słowa, w które układały się porosty. Osobliwe twory na ścianach przypominały jaskinne zwierzątka, może nimi były? Bywało, że wypuszczały z siebie jakieś pyłki, iskry. Migotały one w powietrzu, wzmacniając efekt magiczności w oczach Asji.
Laitz postrzegał ów pochód, w głąb odkopanej przez siebie w szale jaskini, zgoła inaczej. Świetliste pyłki fruwały mu przed nosem, wpadały do uszu i rozbijały się na echa recytowanych przez skały modlitw. Przemierzał zresztą drogę znacznie wolniej, sycąc się własnym położeniem w czeluściach świata. Czy raczej w jego źródle! I takie myśli przebijały się w jego głowie poprzez setki innych, bardziej zmysłowych, fizycznych i ekstatycznych. Myśli iście filozoficzne! Najtrwalej jednak pozostawały w nim, te łączone w dziwnych konfiguracjach z monotonną melodią historii z mchów.
Były niczym zalążki stworzenia świata, początek i koniec zarazem.
Przypominały Laitzowi każdą chwilę, w której znalazł się w otoczeniu skał i był o krok od wejścia do jaskiń, grot albo nawet zwykłych przełęczy. Wołał go wtedy głos kreacji, jak szalonego artystę czy zbzikowanego naukowca. Tak się czuł! Nagle mężczyzna zrzucił górną część garderoby, w przypływie żywiołu i rozgrzewającego go testosteronu. Gdyby dostrzegł idącą jego tropem Asję, z pewnością instynkt zniżyłby świadomość Laitza do prostych, kompulsywnych odruchów. Przez chwilę rzeczywiście był jak dzikie zwierzę, osamotnione wśród omszonych skał. Z tymże Laitz nie umiał odczuwać samotności, z reguły był sam. I dlatego tak nienaturalnym zjawiskiem było dla niego poruszanie się w jaskini przesyconej czyimś głosem i obecnością. Nie wątpił, że dotrze do źródła słów. Miał też obsesyjną pewność, że wtedy znikną. Echo zamilknie i to on będzie jedynym panem tych podziemi.
Co jakiś czas przypominał sobie o wyższym celu wędrówki. Asja, gdy szła w ślad za Laitzem, także myślała o owym celu, dotąd dla niej odległym i nawet nie w pełni swoim. Stało się dla kobiety jasne, że sieć jaskiń czy podziemny tunel, powinien być na tyle pradawny, by zostać zapisanym w postaci symboli lub mitów. A poezje zawarte na tych skalnych ścianach, czym mogły być? Zapisane dzięki porostom, wewnętrznemu światłu roślin… a na tym Asja znała się jak mało kto.
Podekscytowana zanurzyła się jeszcze głębiej w podziemny świat. Nuty liter, zawieszone dźwięcznie w powietrzu, pozwalały jej odczytywać naskalne znaki.
– Drodzy słuchacze! Nie sądzicie, że nadszedł czas, by zajrzeć w głąb ziemi i w czeluści tak zgrabnie dobieranych przez Juliusza słów? – głos prowadzącego „Smaki Świata” rozbrzmiał w przestrzeni, wyrywając zamyślonych z tuneli melancholii, a pobudzonych z krain ekstatycznego zachwytu.
– Tu Pau van Me i wasz ulubiony program Smaki Świata, na antenie Ósmej Stopy. Juliusza poznaliście w ostatnim odcinku. Opowiadał o tym, jak zaczęła się jego wielka podziemna podróż. A mianowicie – od poznania dziwnych i olśniewających ludzi takich, jak Laitz, fanatyczny wręcz jaskinny odkrywca-amator i ponętną Rubian, żonę Juliusza… – prowadzący nagle przerwał, jakby złapał się na tym, że sam wpadł w otchłań historii, zamiast skupiać się na elemencie wiodącym całych Smaków Świata. Podróży i eksploracji, osobliwych zjawisk, ludzi. Nie… wszystko było na swoim miejscu Rozległ się nagle przerywnik muzyczny – w rytmach afrykańskich bębnów i przesypującego się piasku. Słuchacze rozpoczęli kolejną przygodę z opowieścią Juliusza.
Najpierw usłyszeli, jak mężczyzna nabiera powietrza w płuca. Ze świstem, w zadumie, a potem rozległy jego odległe, stopniowo wyłaniające się z odbiorników słowa:
– Przylecieliśmy z Rubian do Panamy, by tam wziąć szalony ślub. Laitz… na niego nie przyszedł, choć był jedynym zaproszonym. Spotkał się wtedy z dwójką kolumbijskich braci, którzy zajmowali się czarnorynkowymi biznesami. Carlos i Juan załatwili nam sprzęty speleologiczne i inne cuda przydatne w podróżach. Nie wiem jak Laitz tego dokonał, ale skorzystał z ich usług tylko dlatego, że zgodzili się przyłączyć do wyprawy. Myślę, że docenił ich umiejętności skrytego przekraczania granic, tajemnych działań, fałszywych dokumentów.
– To z waszą wyprawą wiązały się jakieś ciemne sprawy? – wtrącił Pau van Me.
– W zasadzie nie. Oczywiście, że nie! Ale próba eksploracji… wyimaginowanego systemu jaskiń… – odchrząknięcie – nie była całkowicie normalna. Laitz chyba chciał mieć pewność, że niezależnie co się stanie, sam będzie mógł decydować o własnym losie i odkryciach.
– Kolumbijscy bracia dawali nam bezsprzecznie poczucie bezpieczeństwa, takiego wiesz, fizycznego. Zawsze rozluźnieni, weseli. Dołączyli do nas jak do radosnej, szkolnej wycieczki. Po cichu liczyli też na jakiś zarobek, a może i sławę odkrywców. – Juliusz zamyślił się na chwilę.
– Myślę, że nie byli świadomi skali przedsięwzięcia, bo z każdym miesiącem ich duch podupadał… albo raczej ich różne oblicza odpadały, ukazując zwykłe, ludzkie twarze. Carlos i Juan i tak byli najsilniejsi. – zakończył mężczyzna, przeciągając brzmienie ostatniego zdania.
W ciszę, która nastała, prowadzący program wpuścił rubaszną muzyczkę, wypełnioną dźwiękiem fletów i gwizdków. Przejmowała pozorną pustką, lecz spod niej przedzierał się ogrom niepojętych doświadczeń, czegoś rdzennego, tubylczego. Czegoś, co swoją prostotą opowiadała o trudzie i pięknie zarazem, o duchu utkanym ze światła i zanurzonym w ziemskim ciele.
– Nasze pierwsze spotkanie z braćmi było jak z filmu. – kontynuował Juliusz. – My po ślubie, oni pełni werwy, a Laitz jedną nogą w jaskini swojej wyobraźni. No i to uczucie wyczekiwania na ostatnią osobę. Na ostatnie ogniwo zasilające ekspedycję. Spotkaliśmy się wśród słońca, plaż i drogiego szampana. Rubian polubiła styl bycia Carlosa i Juana, Pasował jej ich humor i dystans, mogła przy nich odsłonić swoją słoneczną, roześmianą naturę. Mogłem wtedy oddać się z Laitzem snuciu planów, ale… to zawsze był monolog. Mój. On tak niewiele zdradzał, dzika radość pląsała w jego oczach i to tyle. Tak naprawdę niewiele wiedziałem naprzód. Tylko najbliższe działania – chwilowe milczenie. – Później miało się okazać, że to Carlos i Juan byli powiernikami tych szczątek ruchów, o których Laitz nie mówił nikomu. Oni stanowili bazę bezpieczeństwa dla jego szalonych pomysłów. Mieli zawsze określony plan B. Przydawał się bardzo często, choć nikt z nas tego nie zauważał. Kto wie, może z reguły z niego korzystali, a czasem nawet z planów C i D. Oni mogli zrozumieć Laitza w sposób, którego my nie pojmowaliśmy… Dysponowali myśleniem magicznym, ludowym. Nie istniały dla nich limity.
– Innymi więc słowy… – Juliusz westchnął przeciągle. – Po prostu wyprawa była chwiejna, nieprzewidywalna, nasze ruchy spontaniczne i mocno związane z intuicją podziemną Laitza oraz ze zdolnościami organizacyjnymi Kolumbijczyków.
– Nieustannie balansowaliście na granicy nieznanego. Taki los odkrywców! – zawołał Pau van Me. – Bywało niebezpiecznie? Czy Carlos i Juan mogli się wykazać? Zdradzili czymś, jaką pracę wykonywali na czarnym ryku w Środkowej Ameryce?
Potok pytań prowadzącego wycofał Juliusza w krainę milczenia. Czy jakiś słuchacz zastanowił się nad tą dramatyczną pauzą i z niecierpliwością rozglądał wokół, wyczekując kolejnych słów rozbrzmiewających w przestrzeni? Lub chociaż szczypty muzyki, która uśpiłaby jego ciekawość?
Po dłuższej, muzycznej przerwie, stworzonej z kilku utworów z pogranicza stoner i psychodelic rocka, Smaki Świata rozlały się po głośnikach ponownie. I muzyka faktycznie, uśpiła ciekawość słuchaczy, nieco zbiła ich z tropu, zwabiła do ich umysłów amnezję, odcięła od wspomnień. Znów znaleźli się w wirze opowieści, która zaskoczyła zmianą tematu:
– Bardzo często wspominaliśmy niebo. – odbiorniki wypełnił rozmarzony, niski głos Juliusza. Nie zareagował na pytania.
– Niebo! Najczęściej marzyliśmy o pełnym barw niebie, nie tak tradycyjnie błękitnym czy białym od chmur. Jaskinna rzeczywistość oferowała brunatne, ziemiste kolory, poprzecinane zgniłą zielenią. Marzyły nam się intensywne pomarańcze, czerwienie, róże, nieskończone odcienie granatu i ten mistyczny fiolet! Nad głową. Przestrzeń. Wysokości. Rozległe pola usiane kwiatami albo lepiej – złotym, jednolitym zbożem.
– A może polem lawendy, jak to się kojarzy z twoją rodzinną Francją? – wtrącił Pau van Me. Juliusz zrobił długą pauzę.
– Nie wiem na ile chodziło o kolory, a na ile o samą przestrzeń.
– W końcu nie wszyscy byliście tak złaknieni podziemi, jak Laitz. – zauważył prowadzący program. – A podróż trwała o ile się nie mylę około 7 lat?
– Tak. No właśnie, kolumbijscy bracia najmniej łaknęli podziemnych wędrówek. Lubili współtworzyć przestrzeń naszej podróży historyjkami, dynamiką swoich rozmów i zachwytu nad szczegółami. Często dało się wtedy zauważyć ich zainteresowania sprzed wyprawy i wiedzę na tematy, o jakich nigdy nie odważaliśmy się pomyśleć.
– Na przykład? – drążył Pau van Me.
– Choćby śmierć… Okoliczność śmierci w podróży jest zawsze w sferze prawdopodobieństwa. Sprzęty, akcesoria, wory, laski dynamitu, pistolety i ostre noże. – miało to wszystko w tych nieprzewidzianych momentach nam pomóc. Nie wiedziałem o wielu innych „pomocach”. To wszystko było zadanie Carlosa i Juana. Narkotyki wstrzymujące łaknienie, środki na sen, morfina, amfa. Nikt z nas niby nic nie brał, ale środki na sen krążyły po kryjomu. Mieliśmy trudności z zasypianiem i to ogromne. Zmęczenie wędrówką i oczekiwanie na decyzje Laitza, które trwało czasem bardzo długo. Nie było tak, że on w tym czasie sobie rozmyślał. Znikał na godziny, dni… Eksplorował zakątki mniej dostępne. My mieliśmy odpoczywać w tym czasie. Mogliśmy mieć w zasadzie małe wakacje. Kolumbijczycy próbowali nas rozruszać, Asja, która dołączyła ostatnia do załogi, była zawsze w swoim świecie, nie umiała się integrować, no a my…
Teraz nawet posępna cisza zdawała się mieć tonację.
– Ja i Rubian, jak zaczarowani tkwiliśmy w jakiejś dziurze czasu. Miłość nie kwitła, była taka zszarzała i zawieszona na konieczności dynamiki, a zarazem potrzebie, by posiąść stabilne, przytulne podłoża. By znaleźć swój prawdziwy cel. Nigdy go chyba nie mieliśmy. Ale ten rodzaj podróży nie pomógł nam w odkryciu. Nasza uwaga była ciągle odwracana…
– Chyba po prostu czekaliśmy na kres podróży. Nie wiedząc, że dla Laitza to podróż sama w sobie była celem. Nie gonił go czas, oczekiwania, tylko pasja. A my jak starzy nudziarze utkwiliśmy umysły na linii od A do Z i odhaczaliśmy stacje, niczym w hipnozie.
Juliusz zamilkł.
Ponury nastrój w jego głosie został spotęgowany niskimi, rozciągniętymi dźwiękami, sekwencjami dawno zapomnianych możliwości muzyki. A Pau van Me tym razem nic nie powiedział na pożegnanie ze słuchaczami.
Laitz nie umiał przepraszać, ani dziękować. Nie przechodziło mu to przez gardło. Jego niedoszła żona twierdziła, że to z powodu wczesnego rozwodu rodziców. Niezbyt często wyznawał jej miłość, więc odeszła zanim było za późno. Laitz poczuł wtedy ulgę, bo zrozumiał, jaki scenariusz napisało mu życie – by oddał się jaskinnemu szaleństwu. Zyskał tym wygodną separację od społeczeństwa, konsumpcjonizmu, niepojętych dla niego więzi międzyludzkich, możliwość podróży w najbardziej niesłychane rejony świata – i co najważniejsze – możliwość zaspokojenia swej żądzy bycia zagrzebanym pod ziemią i eksploracji jej tajemnic. Tam zawsze było coś do odkrycia.
Mężczyzna po raz pierwszy poczuł wolność, gdy po wyjściu z jaskini, gdzie zagubił się w młodości, spojrzał na olbrzymie korzenie pobliskiego drzewa. Po raz drugi, gdy wyleciał do Panamy po rozstaniu z narzeczoną. W samolocie obejrzał film Herzoga o szaleństwie El Dorado. To był jego ostatni kontakt z rzeczywistością jako taką.
Potem podróżował bardziej na dziko, po jakimś czasie zaś z grupą ludzi – towarzyszy podróży. Oni zajmowali się formalnościami przelotów i dojazdów. Laitz mógł relaksować się i rozmyślać o swych przeszłych i przyszłych dokonaniach. Kiedy następnie przemierzali prawie całą Amerykę, z powodzeniem odsuwał się już na dobre od społecznych zapętleń i schematów. Miał wtedy 28 lat, a później zapomniał o liczeniu wieku, jak i w ogóle czasu. Zapomniał o czuciu, skupiając się raczej na zauważaniu pojawiających się emocji. Ajsa mówiła mu, że jest wycofany oraz obojętny. Rzadko się wypowiadała, więc zapamiętał te słowa dobrze.
Zresztą, wsłuchiwał się w jej głos zawsze i był go spragniony równie mocno, jak własnego. Ich znajomość była warsztatem pracy otwierania się człowieka na człowieka, z poziomu kosmicznego przymusu. Ona zupełnie inna, odstająca nawet od przeciętnego dziwaka czy szamana, on opętany samym sobą. Jednak ta wymiana musiała następować, wbrew ich świadomemu czuciu. Tkwili przy sobie w wielu podróżach, najczęściej w milczeniu. A wśród nich pozostali członkowie wyprawy, na podobnej zasadzie – przeznaczenia, nie wyboru. Ich spotkanie i wspólne plany były wypadkową wielu zdarzeń i choć cieszyli się na realizację zamierzeń, nie przywiązywali do tej wspólnoty uczuć. To wpływało na rozległą przestrzeń, jaka się wokół nich utworzyła. Przestrzeń pozostawiona do działania siłom znacznie silniejszym, nieświadomym, mechanicznym. To te siły wiązały ich umysły w skrajności i rozplątywały, gdy pojawiało się społeczeństwo, inne bodziec, nowy mechanizm. Nie tyle zagubieni, co otoczeni aurą nieprzeniknioności, podążali subtelnie do przodu. Pragnienie doświadczenia granic ludzkiego poznania, dla każdego odmienne, łączyło ich jednym zderzaniu się z czymś wyjątkowym, ponadprzeciętnym.
Często to Laitz okazywał się tą ostateczną barierą, granicą, mechanizmem, tym wyjątkowym przypadkiem, od którego odbijali się, by siąść zmęczeni przy ogniu, podczas gdy on szedł dalej.
Jakimś trafem zawsze następował moment, kiedy on znikał, a oni zostawali w pustce, dryfując po cząstkach swoich osobowości, ale ponieważ nie mieli jak się rozwinąć, nie znajdywali na to pomysłu i sposobu; te cząstki były zabiedzone i pełne trucizn. Były jak pędy bluszczu z małymi wypustkami, które czepiały się podłoża i z łatwością mogły zostać od niego oderwane, oczywiście przez Laitza.
Ludzkość żyła sobie po swojemu, a oni nie żyli, tylko trwali w podróży. Po kilku latach przestawała już mieć barwy i odcienie. Spychała ich w coraz dalsze krainy, pustkowia i groty, do których nikomu nie chciało się schodzić. Trafiali do sklepów na skraju dróg, gdzie staruszkowie sprzedawali własne przetwory, a spod laty działkę kokainy albo niedbałe skręty, rozpadające się przy paleniu, jak spróchniałe drewno. Na drzwiach takich sklepów wisiała dubeltówka i można było zaopatrzyć się w dowolnej maści broń palną lub eliksiry zawierające sporysz.
To były niebezpieczne miejsca. Pozbawione turystów. A bogate w unikatowych wędrowców podziemi świata. Tacy podróżnicy też nie zdarzali się często, ale przecież ktoś musiał trafiać do tych sklepików i spoglądać w otchłań oczu starych sprzedawców, oczu wielkich i pulsujących kosmosem.
Ajsa przy takich zakupach robiła się mała niczym dziecko i trzymając się na uboczu, niepewnie ściskała swoje drewniane koraliki w dłoni. Ale to zawsze na nią staruszkowie, właściciele przybytku na skraju świata, spoglądali najczęściej. Jakby porozumienie pomiędzy nimi zachodziło gdzieś z tyłu głów, niewerbalnie. Może przekazywali sobie za plecami członków wyprawy jakieś dziwne mikstury, scyzoryki, ostre szpileczki. Ajsa przekrzywiała głowę na boki, prawie jak to robią w Indiach, by wyrazić tak, może albo witam cię, ale ona robiła to tylko na jeden bok, prawie niezauważalnie, jakby to był tik nerwowy, którego była zupełnie świadoma.
Laitz podczas wizyt w takich sklepikach trzymał się blisko niej. Prawie nie spuszczał z Asji wzroku, a czasem nawet łapał dziewczynę za nadgarstek, jakby bojąc się, że pomimo dziwactwa na twarzy, wskoczy zaraz pod ladę i… ukryje się? Sięgnie po broń? Roznieci wokół gaz pieprzowy i ucieknie? Zacznie ściągać ubrania, tańczyć w rytm wiatru, śpiewać nie swoim głosem? Nikt nie wiedział, co może tkwić w jej głowie. Czasem bowiem wydawało się wszystkim, że Ajsa wcale nie chce z nimi wędrować, że wzięła się tu przez przypadek, a może nawet jest duchem, który musi towarzyszyć Laitzowi, a może on sam go stworzył w swojej pokręconej wyobraźni?
Pewien staruszek, który wraz z żoną nakrytą stosem barwnych peleryn miał sklepik gdzieś na rozdrożach Patagonii, tak długo wpatrywał się w Ajsę, że ta aż pisnęła. Lecz ten pisk był jej odmianą warczenia, poirytowania, złości i braku cierpliwości. Kto wie czy nie mogła wtedy użyć tajemnej magii z tych swoich dziwnych krain, kto wie czy wtedy nie użyła tej magii. Staruszka stanęła obok męża i pewnie kopnęła go pod ladą, mówiąc coś szybko w nieznanym im języku.
– Mówi, że trzeba wam sadzonek.
– My nie mamy gdzie sadzić, dajcie nam tylko trochę tych konserw i owoców. – mruknął Laitz. – Przecież widzicie, że wędrujemy.
– Aha i jeszcze coś do ostrzenia noży. Strasznie mi się stępił. – dodał, pociągając niezauważalnie Ajsę za nadgarstek w dół. Może próbowała odejść parę kroków. Głowa znów uciekła jej na bok.
– To weźcie te nasiona i ssijcie je. Są odtruwające. – staruszek podał im woreczek pełen nasionek. Oczy Ajsy zaświeciły, ukradkiem spojrzała na kobietę w pelerynach, a tamta ukazała kilka podniszczonych zębów w uśmiechu.
– Nie potrzebujecie jakichś instrumentów? Coś na rozweselenie? – klasnęła w dłonie i wykonała piruet, Laitz patrzył jak jej duże piersi podskakują i opadają.
– Nie.
– Tak, weźmy coś. przekrzykiwali się Kolumbijczycy. – Patrzcie, jakie fajne flety mają tu i bębenki, zawsze jakieś umilenie wieczorów, co nie?
– Bierzcie co chcecie, ja już wszystko mam. – warknął Laitz i pociągając za sobą Ajsę, wyszedł z małego budynku zbudowanego niedbale z blachy. Do kieszeni spodni wsunął nasionka, ale Ajsa szybko i zwinnie mu je wyciągnęła, a potem oderwawszy się od niego, oddaliła w stronę wielkich kamieni na środku pustkowia.
Stanęła tam jak zjawa i choć wszyscy wiedzieli, że COŚ ROBI, ona zdawała się wcale nie ruszać. Nikt nie reagował na nic, nawet na spiekotę oblewającą nieskończone tereny, po których przemieszczali się od kilku dni. Wreszcie powietrze przecięły delikatne dźwięki fletu i brzdęk grzechotek. Marakasy wykonane z tykw zawisły u pasa kolumbijskich braci i odtąd miały towarzyszyć im przy każdym kroku. Laitz, jak się okazało, nienawidził ich brzmienia, więc bracia nigdy później nie użyli grzechotek…. w jego obecności.
Lecz i podczas coraz cichszych ognisk, gdy Laitz samotnie przeczesywał dziwne jaskinne rejony, z ociąganiem rozlegały się dźwięki marakasów i fletu. Jakby jakaś mara zawisła nad muzyką i nie pozwoliła jej się w pełni otworzyć, umilić czas podróżnikom. Jakby jaskinie łapały każdy dźwięk, wciągały go w siebie i tam przetwarzały w mruczenie i burczenie wielkiego brzucha matki ziemi.
– Witam po krótkiej przerwie, drodzy słuchacze! – odbiorniki zatrzęsły się od wysokiego głosu prowadzącego program – Nadajemy na żywo ze studio Ósma Stopa, a to jest program Smaki Świata! Tak jak obiecałem przed muzycznym przerywnikiem, przedstawię wam nowego gościa Smaków, reportera i podróżnika, który doznał ostatnio niezłego zapętlenia w onirycznym świecie podziemnym, o czym wam zaraz opowie. Drogi Juliuszu, czy mógłbyś się przedstawić i powiedzieć parę słów o sobie?
– Czołem wszystkim! Jestem podekscytowany, zawsze lubiłem programy na Ósmej Stopie, a teraz sam będę tu występował. – gość miał cichszy głos, o wibrującej niepokojąco tonacji, czego nie dało się początkowo wychwycić.
– To super uczucie, spełnianie marzeń, których nawet nie miałem! Ale przejdźmy do rzeczy. Jestem Juliusz Reno, kiedyś podróżowałem trochę w celach dziennikarskich, głównie tyczyło się to himalaizmu, wspinaczki wysokogórskiej, a potem speleologii, jaskiń. Zasiedziałem się najdłużej wśród Indian południowoamerykańskich, pracowałem z nimi przy zbiorze dziko rosnącego tytoniu i innych takich używek. Przy okazji, poznawałem tajniki ich ludowych wierzeń i rytuałów. Zawsze czułem, że ciągnie mnie do czegoś nie tyle egzotycznego, co… takiego pierwotnego, mięsistego, pełnego życia, jakby… Może nie będę się nad tym rozwodził! To, tak krótko mówiąc, tyle o mnie…
– Ostatnia wyprawa to była podróż po tamtejszych jaskiniach z grupą inteligentnych ludzi, to była głównie… igraszka z poznaniem. – westchnął po chwili.
– Dziękuję bardzo Juliuszu. – rozległo się stłumione chrząknięcie prowadzącego.
– Jak państwo widzą, nowy członek Smaków Świata to niebywała postać, o wszechstronnej wiedzy i wielu doświadczeniach. Z pewnością zainteresowała was jego historia. Juliuszu, czy zechcesz nam opowiedzieć trochę o swoim życiu? Jak to się zaczęło?
Juliusz odchrząknął niepewnie, ale po chwili jakby uświadomił sobie, że jest właśnie na żywo w radiu, zaczął snuć swą opowieść.
Był upalny dzień, środek lata, a ja rozleniwiony wybrałem się na przechadzkę. Mieszkałem na rogatkach miasta, więc kroki poniosły mnie na błonie i rozlewiska, z których roztaczał się urokliwy widok na całą metropolię. Dla niektórych ten widok był przeważnie przerażający. Ogrom wieżowców piętrzących się na sobie tworzył z oddali krajobraz kresu współczesności. Zupełnie, jakby cywilizacja miała lada moment przetransformować się w cybernetyczny twór, oddychający jednym rytmem byt. Mnie to nie odrzucało, tylko pociągało. Miasto to takie dziecko ludzkości – wspólne i często zaniedbane są niektóre jego kierunki rozwoju. Co najlepsze, to dziecko wydało na świat własne potomstwa w liczbie niesłychanej, a…
– Drogi Juliuszu – wtrącił nagle Pau van Me – słyszę, że twoja opowieść jest niezwykle rozbudowana i…
– Trochę jest. Chcę słuchaczy wprowadzić w klimat.
– Nie spodziewałem się w tej historii miasta, muszę przyznać. Początkowo pracowałeś więc stacjonarnie jako dziennikarz? W mieście?
– Tak. Ale chyba potwierdzisz, że dziś człowiek przywiązuje się do miejsc. Nawet jeśli w dużej mierze nieświadomie. Wiesz… wsiąka w miejsca i staje się nimi.
– Ooo – wydobyło się z głośników pomrukiwanie prezentera. – To wywołało ciarki na moich plecach muszę przyznać.
– Tak, zapomnienie do tego doprowadza. Nagły błysk braku przebłysków. Ale ja jestem osobą, która stała się miastem świadomie i z rozkoszą. Dzięki temu, że patrzyłem na nie czasem z oddali.
– Jak rozpoczęła się twoja wyprawa? Chciałeś wyjeżdżać, pomimo tej miejskiej miłości?
– No właśnie… – głos Juliusza znów stał się melancholijny, osobliwie cichy. – Tego ciepłego dnia, stojąc wśród rozlewisk z widokiem na panoramę miasta spotkałem włóczykija, który przechadzał się po bardziej zdziczałych okolicach. Nazywał się Laitz. Zadziwiło go moje rozmiłowanie na twarzy, gdy patrzyłem tak przed siebie. On chodził z wzrokiem wiecznie wlepionym w ziemię. Grzebał w niej, przekopywał różne miejsca, właził do jam i grot albo rozpadlisk. Wierzył, że cały świat jest połączony siecią podziemnego tunelu, naturalnego, jaskinnego. Który istniał od zawsze pod skorupą ziemską. Postanowił to odkrywać. Poznaliśmy się w przełomowym momencie życia Laitza, kiedy był na rozdrożu wolności. Właśnie rozstał się z narzeczoną, podobno odeszła do innego, bo nie wyobrażała sobie, że jaskinie naprawdę mogą być inteligentnym pomysłem na życie.
– Opowiedział ci o tym już przy pierwszym spotkaniu? Ten Laitz?
– O tak. Rozmawialiśmy do późna o swych fascynacjach. Ja wyjeżdżałem czasem w Himalaje i tam pisałem o wspinaczce, takie wieści z frontu. Francuzi lubią czytać o osiągnięciach swoich rodaków. Laitza też interesowały wszelkie dziwne wyprawy. Zejścia pod ziemię i dla mnie okazały się fascynującym tematem. Laitz mi powiedział, a był bardzo tajemniczym facetem, że zamierza wylecieć niebawem do Ameryki Środkowej i tam oddać się pasji.
– Czuję, że zmierzamy do kulminacyjnego punktu opowieści! – wykrzyknął Pau van Me.
– Prawie. To znaczy… tak. Wyjechałem do Ameryki zaintrygowany podróżą Laitza. Łatwo łapało się tam reporterskie tematy. Ale z Laitzem długo się nie widywałem. Korespondowaliśmy. Czasem widywaliśmy się w Panamie, gdzie on się zatrzymał. Poprosił mnie o zebranie chętnych do schodzenia pod ziemię, bo tak najłatwiej było uzyskać dotację. Choćby na sprzęt w miarę profesjonalny.
– I tak po prostu, z fana miasta zacząłeś być pierwszej klasy wędrowcem i poszukiwaczem przygód?
Chwila ciszy wypełniła odbiorniki. Już dało się słyszeć nabieranie oddechu przez prowadzącego, gdy Juliusz odezwał się:
– Tęskniłem trochę za życiem w mieście, za bywaniem w tych stylowych francuskich knajpkach i pachnących dobrą kawą kawiarniach. – Juliusz westchnął. – W Ameryce, tam w tych bardziej dzikich rejonach trudno o dobrą kawę. Wszystko idzie do zagranicznych producentów, firm. Masówka jednym słowem. Tam gorszy sort pozostaje. Albo coś innego się pije, choć ja tego mułu nie mogłem – mate, z ostrokrzewu. Poprzez yerbę zresztą poznałem jedną z późniejszych członkiń naszej wyprawy…
– Dobrze Juliuszu, ale powiedz nam teraz coś więcej o swojej pracy tam na południu Ameryki. Wysyłałeś artykuły do swojej siedziby reporterskiej?
– Pracowałem dla gazet, pisując o wspinaczce górskiej w tamtejszych rejonach. Zacząłem też współpracować z magazynami o kulturze, etnologii i tym podobne. Pisałem przez pewien czas o życiu Indian, w rozrzuconych na pustkowiach i dżunglach wioskach, i ogólnie o kulturze obcej francuskiemu czytelnikowi. To dawało duży zarobek, było popularne. Dlatego też tak długo tkwiłem na czerwonych ziemiach z dala od miast, w których czuję się bezsprzecznie lepiej. I bezpieczniej. Bardziej swojsko. Łatwiej mi zresztą pisać o miastach, bo lepiej rozumiem oddech mieszczuchów. A te podróżnicze sensacje… to był zarobek.
Pau van Me cicho zamruczał coś, jakby poza mikrofonem.
– Wiem wiem. – śmiech Juliusza przeciął powietrze. – To już nie brzmi tak fajnie, jak twoja zapowiedź na początku. Himalaizm, plantacje tytoniu – ponowny śmiech – Laitz mnie tam przyciągał i zachęcał do zarabiania pieniędzy na opisach życia biednych, choć wesołych Indian.
– Co robił Laitz w tym czasie?
Milczenie Juliusza.
– Pracował także? – zaraz pojawiło się ponowne pytanie.
– Taaak. Eksplorował. Najpierw biblioteki, potem antykwariaty i inne takie. Uniwersytety, łaził po jaskiniach. Szukał map. Nagromadził ich naprawdę wiele. Cały świat. W sensie… szukał tych ewentualnych połączeń w jaskiniach. Planował podróże. Miałem cichą nadzieję, że napiszę o tym długi reportaż, książkę i to będzie koniec mej kariery.
– Przygotowania trwały długo? – wtrącił Pau Van Me.
– I tak i nie. Pomiędzy sporo się wydarzyło. Wyjechałem na pół roku do Stanów i tam… poznałem moją żonę. – donośny chichot. – To poniekąd zasługa Laitza.
– Ooo… – wymsknęło się prowadzącemu.
– Laitz Szukał osoby z naukowych kręgów, która byłaby filarem naszych dotacji.
– Kim stał się ów filar? – zapytał Pau Van Me.
– Rubian, naukowiec, z zamiłowania fizyk kwantowy, historyczka. Odczytywała starożytne pisma i hieroglify. Znała dawne alfabety, a w niektórych wymarłych języka umiała mówić. Zupełnie zakręcona w tych słowach i obrazkach spod ziemi, wygrzebanych i wyrytych w kamieniach.
– Pracowała na Uniwersytecie w…?
– Seattle. Fajnie tam było. Ten pustynny klimacik…
– Drogi Juliuszu. Pozostańmy w tej przestrzeni na jakiś czas. Dajmy słuchaczom trochę wytchnienia! Powrócimy do was po szczypcie pustynnego country. Dokończymy następnie nasz program historią miłosną Juliusza i Rubian…
– Pokochałem Rubian za jej ponętne kształty i to, jak pięknie potrafiła mówić o swojej pasji – o dawnych językach. – kontynuował Juliusz, od razu gdy tylko muzyka ucichła. Miał jeszcze niższy ton głosu. – Spotkaliśmy się w dość nietypowych okolicznościach, bo w zasadzie znalazłem ją przypadkiem dzięki studentce języków wymarłych, z którą umówiłem się na schadzkę gdzieś w knajpie na uboczu. Owa studentka przyszła spóźniona, tłumacząc się ciekawą rozmową z panią profesor i mi nagle zaświtało – to TA osoba, idealna na moje z Laitzem poszukiwania! Zapytałem o namiary, a studentka powiedziała, że pani Rubian mieszka nieopodal i może zadzwonić do niej nawet zaraz. Zgodziłem się. Rubian przyszła do knajpy, siedzieliśmy w trójkę i rozmawialiśmy o nauce, hieroglifach i podróżach. Musiałem długo opowiadać o Francji i jej miastach. A potem przyszedł czas na historie mych wypraw dziennikarskich w góry, których nie darzyłem żadnym uczuciem, więc słuchaczki ewidentnie się trochę nudziły. Studentka poszła do domu, albo na inną dyskotekę, nie wiem. Rubian została ze mną… Zapadło dziwne milczenie. Zacząłem opowiadać o konkretach. – Juliusz nabrał powoli, z namysłem powietrza w płuca.
– O Laitzu i jaskiniach. Od razu, bez zwłoki, zapytałem czy nie czuje, że jest odpowiednią osobą, by zasilić naszą drużynę. Oczy jej błyszczały. A jakie były piękne! Czuliśmy ten pociąg do przygód, a tajemnica wisząca nad wyprawą połączyła nasze rozognione serca. Podchmieleni, czuliśmy się też bardziej ośmieleni wobec własnych uczuć i emocji. Wylądowałem u niej w domu. Pięknym, pachnącym domu! Oniemiałem, poznając wnętrze tej kobiety, wchodząc tak głęboko w jej rzeczywistość codzienną-niecodzienną. Zaproszenie do wyprawy jeszcze nie było zobowiązujące, nasz seks też nie był zobowiązujący do związku, ale to co zrodziło się pomiędzy tym wszystkim – było i to bardzo silnie. Pomiędzy bowiem znalazły się szczegóły, które moje sprytne oko dziennikarza wychwyciło i łykało niczym najlepszą sztukę. Byłem wytrawnym obserwatorem wszelkich przejawów sztuki. Życie i ciało Rubian mi się tym zdało…
– Co takiego dostrzegłeś w tych szczegółach, gdy byłeś u niej w domu? W tych drobiazgach waszej relacji? – zapytał prowadzący, delikatnie wtrącając swoje pytanie w tętniącą silnymi emocjami opowieść Juliusza. Ten długo ociągał się z odpowiedzią, jakby przypominał sobie słowa i ich trafne połączenie.
– Krwią… namalowane były kałuże na jej obrazie, kalendarzu istnienia. Zawierał zawsze równą liczbę dni, a pejzaże były koloru ziemi. Skóra Rubian także. Patrzyłem na jej ramiona, jak poruszają się przy ruchu. Wgłębienia, które się pojawiały przypominały pofałdowane pola albo nawet pagórki. I ten oszałamiający zapach jaśminu połączony z czekoladą! Po pierwszej wizycie w domu tej kobiety wiedziałem, że będę tam pragnął wracać. Do niej. Uczyć się tych zapachów i brunatnych kolorów. Pielęgnacji jaśminowych kwiatów, rozsmarowywania na ciele Rubian masła kakaowego. Żyłem odurzony jej skrywanym przed innymi kobiecym wnętrzem i po kilku miesiącach poprosiłem ją o rękę. Chciałem więcej… dla siebie. Jej kobiecości, ukrywanej pod woalem schematów i społecznych przyzwyczajeń. To była taka lepka od krwi menstruacyjnej, intymna zmysłowość, której nie odsłoniła przede mną dotąd żadna kobieta.
Pau van Me bez zapowiedzi włączył muzykę tła. Dźwięki miasta i długie, transowe melodie wibrowały coraz donośniej, przemieniając się w nocną symfonię tajemniczej rozkoszy.
– To była olśniewająca opowieść – zakończył prowadzący z powagą w głosie i wyraźnym podziwem dla wypowiedzi swojego gościa.