Kategoria: Powieści

  • Źdźbło na rosie //5 \\

    powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…

    źdźbło na rosie.

    O jednej podziemnej podróży

    Martyna Borowska, powieść 2018-2019,

    ODCINEK 5

    Jaskinie // 5 \\ Jednostka

    na skraju światów

    Laitz skrupulatnie oznaczył teren za sobą. Nie chciał się przecież aż tak zagubić w tych skalnych labiryntach, a wyglądały na naprawdę rozległe. Panowała w nich senna atmosfera, ale też dziwna energetyka zabraniała się zatrzymywać, wciągała dalej, w głąb. I Laitz naprawdę nie wiedział już czy słyszane tu wcześniej słowa pochodziły od towarzyszy wyprawy i przyniosło je tu echo czy to może jego rozkoszne wspomnienia lub ktoś, kto faktycznie siedział w czeluściach tej jaskini. Szedł, chcąc to odkryć, udowodnić.

    Chyba, że jednak… to jego myśli stały się tak głośne?

    Trzymając mocno pas na biodrach, przypomniał sobie jedną z pierwszych wypraw podziemnych. To wtedy obudziła się w nim iskra miłości do tego tajemniczego świata, ale też narodziły jego dziwactwa i wspomnienia „ciała ziemi”. Były wytworem umysłu pozbawionego bodźców, osamotnionego, pozostawionego na pastwę podziemi.

    Matka Laitza o niczym nie wiedziała.

    Wszedł z ojcem i jego partnerką do dosyć rozległej, dobrze opisanej jaskini. To miał być dla Laitza prezent na dziesiąte urodziny. Wejście było ciasne – wiodło przez tunel, jakby szyb, po którym opuszczali się przy użyciu lin. Grota na dole okazała się rozległa i pozbawiona interesujących punktów odniesienia. Ojciec z Sabriną pokazali chłopcu mapę i opowiedzieli jak przebiegały odkrycia tej jaskini. Były dwie odnogi – jedna prowadziła do czegoś w stylu podziemnego jeziorka, a druga w dół, kolejnymi tunelami.

    Ta druga nie została do końca zbadana, prawdopodobnie też kończyła się gdzieś w wodzie, bo cały kompleks znajdował się pod klifami Atlantyku. Ojciec i Sabrina planowali zbadać to, kiedy uzbierają fundusze na dobry sprzęt. Byli fascynatami speleologii, w zasadzie Sabrina była i wciągnęła w to ojca. Nie należeli do żadnego klubu, ani stowarzyszenia. To ograniczało nie tylko ich możliwości, ale też pogłębianie wiedzy. W zamian zaś mogli robić pod ziemią, co tylko chcieli.

    Małego Laitza zabrali nad to podziemne jezioro i chłopak po trzygodzinnej wędrówce ku wnętrznościom ziemi poczuł co naprawdę znaczy jej w n ę t r z e. Co to znaczy BYĆ POD powierzchnią. Poznał dobrze zapach, smak i dźwięk jaskiń. Kiedy dotarli do jeziora, zatrzymał się oniemiały i nie wiedział jak to opisać. Gdy w szkole dostali zadanie na opisanie najlepszego dnia w życiu, Laitz przedstawił właśnie ten. Wtedy matka dowiedziała się o skrywanej wyprawie syna do jaskiń ze swym byłym mężem i pękła z zazdrości i gniewu. Nie pozwalała synowi na te eskapady z prostego powodu – lęku i dziwnych przeczuć oraz podejrzeń, które tylko kobietom rozumiejącym kosmiczne pętle są znane.

    Od tej wyprawy Laitz czuł, że jego życie toczy się tak naprawdę właśnie pod ziemią. Kiedy stanął przed jeziorem, które było przejrzyste i błękitne, poczuł rozpierającą go w sercu radość. To czyste uczucie uświadomiło mu, dlaczego żyje.

    Potem stało się coś, o czym nikt oprócz Sabriny i ojca nie wiedział. Nawet Laitz wyprał to wydarzenie z umysłu, chociaż oczywiście nadal wpływało na wszystkie jego późniejsze zachowania, decyzje i aktywności.

    Chłopak znalazł się pomiędzy stalaktytami, jakby na obcej planecie. Rozglądał się wokół i zastanawiał jak to możliwe, że taki podziemny świat jest nieznany połowie populacji?

    Pod nogami chłopaka znajdowały się skamieliny o prostych kształtach, skorupy przypominających rozgałęzione piórka lub układ kostny. Emanowały prostotą ziemi. Niczym więcej, pełnią własnego wymarcia, zatrzymania swej formy ku uciesze nikogo. Niektórzy wędrowcy podziemi znajdowali skamieliny, ale przecież nie każdy zachwycał się ich kształtami. Większość pozostawała nawet niedostrzeżona.

    Istniały dla nikogo.

    Może to właśnie była najwyższa forma istnienia?

    Laitz sięgnął po jeden z kamyków i zachwycił się jego gładkością. I tak wtopiony w skały przestał słyszeć chichoty Sabriny i ojca. Robiły się coraz bardziej odległe, przecinane pluskiem wody, w której niedawno wszyscy się kąpali. Oni poszli na swoje eksploracje, Laitz miał nie oddalać się zbyt daleko, ale też nie krępować się w zwiedzaniu groty. Tej jednej, ale to ona zwiedziła jego.

    Nie musiał nawet odchodzić, bo wnet przed nim pojawiła się wyrwa w skale, w którą mógł bez trudu się przecisnąć, jako młody i szczupły chłopak. A tam – królestwo skamielin, stalaktytów, nieznanych mu szczątek, kości, kamieni! Oniemiały posuwał się dalej, pomiędzy kształtami wnętrza ziemi. Były tak niesamowite! Jak powieści fantastyczne, baśniowe, opisujące przygody przyszłości, a przecież raczej przeszłość obrazowały. A może linia czasu wcale nie ma aż takiego znaczenia? Laitz myślał sobie o tym wszystkim i szedł, szedł, szedł, aż usiadł zmęczony i przysnął.

    W spokojnej głowie zrobiło się wiele miejsca na bodźce z wnętrza jaskini. Powoli przedzierały się do podświadomości chłopaka, powoli i nieśmiało, a jednak wszystko było już przesądzone. Czasem potrzeba delikatnych ruchów, subtelności i pozwolenia na działanie bez własnego wkładu, by coś faktycznie się stało.

    Tak właśnie w umyśle Laitza pojawiały się fraktalne twory, z których wychodziły zwierzęta żyjące tu, pod ziemią, w zamierzchłych czasach, może i żyjące nadal. Pajączki, odmieńce, prawie przezroczyste i ślepe chrząszcze. Gdzieniegdzie pojawiały się nietoperze. Przecinały rozłożystymi skrzydłami czeluści podziemnego świata. Wydawały dźwięki. Przejmujące piski, jakby alarmując przed zbliżającym się niebezpieczeństwem.

    Laitz odczuł na skórze chłód i krople wody, a to nad nim wielka nietoperza głowa śliniła się; nad nią zaś kolejna i kolejna. Jakaś salamandra owinęła się wokół stopy chłopaka. Po jego rękach spacerowały pająki. Czuł każde odnóże. Zanurzały się w jego dziecięcej skórze, może wstrzykując w nią jakąś substancję, która zmienia w jedno z tych zwierząt? Strach wpełzł na plecy Laitza, tworząc ciarki na całym ciele. Piski nietoperzy wymieszane z kapiącymi wydzielinami wszystkich tych zwierząt i wodą, gwałtowną falą uderzyły w młodego wędrowca i weszły w niego. Rozlał się na kolejne metry jaskiń, przybierając ich formę, ich zapach, poziom wilgotności i wydrapane przez dawnych zdobywców nazwy. Wydawało mu się jednak, że to żadni podróżnicy, tylko przeszłość sama sobie wypisała na ścianach historię. Laitz, przybierając dalej kształty stalaktytów, okrył się jak płaszczem ochronnym skrzydłami nietoperzy i w tej pozycji spojrzał w dół, na jaskinną całość pod sobą.

    Słyszał odległy plusk wody. Czyjeś głosy. Ale przede wszystkim piski i chrobotanie zwierząt. Zagrzebywały się pod nim, w ziemi. Odmieńce, wijąc się rozkosznie w piachu, zdawały się nawet szeptać jakieś rytualne modlitwy. Laitz nie mógł dłużej czekać – rozłożył skrzydła. I wszystko stało się bardziej intensywne: kolory, których przecież pod ziemią nie było tak wiele, tętniły życiem, pulsowały zapachami. Obce dźwięki tworzyły nagle muzykę. Mógł wychwycić każdy jej szczegół, a pozbawiony słów i emocji instynkt kierował go w stronę czuwających przy kamieniach zwierząt.

    Chrząszcze wydawały donośne odgłosy, przywoływały go do siebie. Nie był tu sam. Inne nietoperze ruszały uszami, łapiąc najdrobniejsze dźwiękowe niuanse. Przedzierał się przez to wszystko głos ludzki, zduszony może własnym płaczem albo wydobywający się spod pobliskiej wody. Ktoś tam był, ktoś chciał go złapać.

    Nie, to on chciał złapać…

    Zbliżał się do chrząszcza, który był przezroczysty, ale strasznie głośny. Tak głośny, że Laitz musiał szybko skoczyć na niego i owinąwszy wielkimi skrzydłami, wgryźć się jak tylko umiał najlepiej, a odmieńce zaśpiewały mu inicjacyjną pieśń…

    jednostka na skraju światów

    Laitz potrząsnął głową. Raz, drugi. Oparł się o ścianę – zaśpiewała mu cichym głosem naskalne poezje, łącząc się w jego głowie z zawodzeniem ojca, kiedy został wreszcie odnaleziony.

    jednostka na skraju światów

    Wspomnienia pierwszej, prawdziwej podziemnej wyprawy prawie go sparaliżowały. Był to silny strach, ale nie tak pospolicie – przed śmiercią, a przed przekształceniem w inną formę z zachowaniem świadomości człowieka. Powtórzył wyryte w pamięci zdanie: jednostka na skraju światów, które jak mu się zdawało, wypowiedział w myślach wtedy jako dziecko, samotnie w podziemiach lub zapamiętał z jakiejś czytanej akurat lektury dla nieco starszych chłopców niż on.

    Bał się tego, że znów zostawi cząstkę siebie w podziemiach i ten osobliwy lęk go napędzał, przekształcając się w słodką adrenalinę. Przecież każdy akt schodzenia w głąb był właśnie tym. Laitz mógł istnieć teraz pod podszewką całej kuli ziemskiej, niejako będąc nią. Ciało w ciele. Na ile tym razem pozwoli sobie zostać scalonym? Myślał o tym, posuwając się coraz szybciej w głąb dopiero odkrytej jaskini.

    // . \\

    Towarzysze wyprawy siedzieli przy ognisku przysypiając i rozmyślali o tym samym, co Laitz. Pulsowanie pod skórą przypominało im o nieprzewidywalnej, groźnej, dostojnej ziemskiej materii.

    – Laitz chce odtworzyć sieć podziemną. Może zostawia tam artefakty. – mruknęła Rubian, która choć uwielbiała odczytywać starodawne znaki na ścianach, to jednak wolała robić to w bardziej wygodnym miejscu, niż wilgotne jaskinie.

    – Ta… – zaśmiał się Juliusz. – Własne siki chyba.

    Kolumbijczycy zarechotali. Asja odwróciła się do wszystkich tyłem i mruczała jakieś litewskie piosenki. Brak im było scalenia, przyjacielskiego uścisku w drodze.

    Zawsze po długiej nieobecności Laitza rozpadali się na pojedyncze kadłubki, bez rąk i nóg, a nawet bez woli. Nie zapadali w głęboki sen, bo wywar przyrządzony przez Asję skutecznie im to uniemożliwiał, wprawiając w stan nieustannego czuwania. Było to męczące, frustrujące, lecz nikt nie zdawał sobie z tego sprawy.

    – Trochę zaufania. – powiedział im kiedyś Laitz, kiedy krzywo patrzyli na okrągłe nasiona nazbierane przez Asję w amazońskiej dżungli. – Zapomnijcie o marketach i przyzwyczajcie się do tego, co realne. Nasiona pulsowały im przed oczami jak jaja, z których zaraz wykluje się jaszczurka.

  • Źdźbło na rosie // 4 \\

    powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…

    źdźbło na rosie.

    O jednej podziemnej podróży

    Martyna Borowska, powieść 2018-2019,

    ODCINEK 4

    Powierzchnia // I \\ Fale Radiowe

    Trzeszczenie wydobyło się z głośników i odbiorników, całą ruchliwą przestrzeń zatrzymując właśnie na fali dźwięku. Trzaski, buczenie i brumienie denerwowało bowiem ludzi. Przynajmniej na chwilę więc się zatrzymali, aby wytłumaczyć sobie hałas; dali sobie czas na błahą refleksje.

    Gdy po chwili wrócili już do swoich zajęć, trzaskanie przerodziło się w wyraźniejszy odgłos. Dźwięk hamującego pociągu przedarł się ponad niego, ale zaraz zamilkł na dobre i jego światła też zgasły. Ludzie wylali się z przedziałów, a następnie powędrowali w różnych kierunkach. I gdzie by nie poszli, towarzyszył im coraz bardziej wyrazisty głos z radioodbiorników rozmieszczonych w wielu uczęszczanych przez nich miejscach.

    Witam państwa po długiej przerwie. Mówi Pau van Me. Po rekonwalescencji wracam do prowadzenia “Smaków Świata”, tak uwielbianej przez was audycji na kanale Ósma Stopa. To będzie pierwszy odcinek, a wszystkie oczywiście nagrywane są na żywo w studiu Ósmej Stopy przy ulicy Konwickiego. Pamiętajcie, że jeśli chcecie mieć wkład w tworzenie tej audycji, ślijcie na adres studia to, co kojarzy się z naszą tematyką.

    Mogą to być własne doświadczenia, pamiątki, dziedzictwa, przewidywania i sny. To może być wasza historia świata. Wasza historia tej planety. Czy nie okaże się w rezultacie, że owa historia tak bardzo różni się od ogólnej historii ludzkości? Czy nie okaże się, że każdy z nas jest wartościowym pomnikiem Człowieczeństwa jako takiego? A może właśnie historię Człowieczeństwa wspólnie stworzymy?

    Zapadło milczenie pełne zadumy.

    Moja audycja z pewnością zmieni trochę formę. Nie było mnie przez całe dwa lata i muszę przyznać, że tęskniłem za Ósmą Stopą i Wami, słuchaczami. A przede wszystkim za zgłębianiem smaków świata! Jednak, aby nie być zbyt szybkim i nierozważnym, muszę wrócić do początku, dla wszystkich tych, którzy słyszą mnie po raz pierwszy i nie mają pojęcia cóż to za audycja zniknęła z odbiorników radiowych Ósmej Stopy na dwa lata, po czym w takim triumfie powraca… Cóż, człowiek nie jest maszyną i zdarzają mu się wzloty i upadki, rozwój i zastój.

    Prowadzący z namysłem westchnął.

    „Smaki Świata” to audycja właśnie o człowieku i jego możliwościach poznawczych! O jego umyśle i tym, co nim zgłębiamy. O jego ciele i tego konsekwencjach.

    A przede wszystkim… bo bez tego byśmy nie mieli o czym rozmawiać – to audycja o świecie! Naszej planecie Ziemi, którą odkrywamy wciąż na nowo, na różne sposoby, korzystając z osiągnięć technologii lub nie. Planecie pięknej i wielkiej. Jedynej w swoim rodzaju. Opowieści naszych dawnych gości, zapisanych w audiotece Ósmej Stopy są tego najlepszym dowodem.

    Pau van Me zamilkł na chwilę, dając słuchaczom czas na zapamiętanie informacji o istniejącej audiotece poprzednich audycji. Później kontynuował:

    Od wielu lat, słuchacze tej audycji przesyłali nam własne doświadczenia związane z życiem na Ziemi i poznawaniem świata, innych ludzi, no i samych siebie. Wielu z nich słało niesamowite opowieści rodem ze znanych książek. Wszak właśnie je tworzyli! Tworzyli nowy wymiar doświadczania – dostępnego każdemu i pozbawionego granic. Wiecie, chodziło więc o podróże po świecie zewnętrznym i wewnętrznym. O odległe krainy i o te najbliższe zakątki, zaułki miast i rozdroża wsi…

    Ósma Stopa to obecnie najlepiej się rozwijająca stacja radiowa. Skupia w swej strukturze najtęższe umysły naszych czasów: naukowców, odkrywców, mistyków, artystów i poszukiwaczy przygód. Wszyscy ci ludzie, ludzie świadomi swojego człowieczeństwa, niezależnie od wyznawanych zasad, wiary, nauki czy pochodzenia, tworzą Ósmą Stopę z czcią i oddaniem dla prawdy.

    Takim założeniom hołdują owi ludzie już od dwudziestu lat! I choć na początku byli tylko zwyklakami, teraz tworzą elitę poznającą świat jakby na nowo. A Wy to kochacie.

    Udostępniamy wam ten nasz sposób na organiczną, żywą filozofię poznania, ale też liczymy na jej wspieranie, uzupełnianie i dołączenie do nas… Liczymy na to, że wspólne posmakujemy świat.

    Zapraszam was teraz na uroczy przerywnik muzyczny. Będzie ich trochę, ponieważ przez dwa lata nieobecności miałem dużo czasu, by zgłębiać świat dźwięku.

    Po przerwie, przedstawię wam nowego gościa Smaków Świata!

    Zostańcie z nami!

    I z głośników wydobyła się muzyka. Przesycona trudnymi do rozpoznania dźwiękami natury, które tak skompilowane, zagęszczone, mięsiste wręcz – tworzyły rytmiczny krajobraz melodii.

    Opowiadała o świecie jednolitym, mechanicznym w pewien sposób, bo i przez technologię kształtowanym. Ale przecież i w przyrodzie cykle mówiły same za siebie…

    Dźwięki podążały za tym swobodnie i z wdziękiem. Słuchacze zaś milczeli, z sercami rozerwanymi w nieokreślonych kierunkach, skupieniem poszatkowanym na miliardy mentalnych światów, które z trudem, mozolnie nabierało jakości koncentracji.

  • Źdźbło na rosie // 3 \\

    powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…

    źdźbło na rosie.

    O jednej podziemnej podróży

    Martyna Borowska, powieść 2018-2019,

    ODCINEK 3

    Tu nie ma drzew, są korony.

    Tu nie ma drzew, są korony.

    Tu nie ma drzew, są korony

    Źdźbło na rosie – o jednej podziemnej podróży” Odc. 2.

    JASKINIE // 3 \\ WEJŚCIE

    Ściany jaskini mieniły się światłami, błyskami drogocennych kruszców, niczym w podziemnej dyskotece dla bogaczy. Laitz parł do przodu poprzez ten karnawałowy wręcz klimat, by w końcu zatrzymać się i uświadomić sobie, że nie wie jak daleko odszedł od wejścia. Towarzyszyły mu mchy i głos. Gdzieniegdzie ukazywały się grube porosty. Nie było mowy o samotności – w końcu wszyscy tu byli. Setki pokoleń przeszłych i przyszłych…

    Asja ze swoimi korzonkami i alchemicznymi miksturami. Rubian z dużym tyłkiem i hieroglifami i Juliusz ze spokojem w umyśle. Wszyscy byli…

    Byli razem.

    Wtedy, w podwodnej jaskini Asja zauważyła szczelinkę, która okazała się przejściem do rozległej groty, prawdopodobnie pod wodospadem. Zainteresowało ją to do tego stopnia, że sama namówiła Laitza, aby spróbowali się tam przedrzeć. Jemu nie trzeba było długo powtarzać. Przejście okazało się dosyć łatwe, znów przepłynęli pod wodą, schodząc równocześnie głębiej. Nad głowami mieli szum wodospadu, a przed oczami – lśniącą grotę. Romantyczną, harmonijną, czystą. Było w niej tak wielkie piękno, że Laitz po raz pierwszy zobaczył na twarzy Asji oznakę oszołomienia i radości.

    – To by dopiero było miejsce na nocleg. – zaśmiała się, dotykając wilgotnych ścian i przytulając się do nich. – A to powietrze!

    Oj tak, mała, myślał Laitz. Powietrze jest najważniejsze. Jego pierwotność w jaskiniach, ziemistość, prawdziwość – świat był pełen dziwnych zniekształceń, a tymczasem podziemia obfitowały w niezniszczalną prawdę o Ziemi. Pradawnej i czekającej tak jakby na powrót świata w jej czeluści. Laitz myślał czasami o utworzeniu podziemnej cywilizacji. On i Asja mogliby być rodzicami nowych pokoleń. Potem, wzniesieni w poczet bogów sprawowaliby duchową opiekę nad rozwijającym się społeczeństwem, które bez kontaktu ze słońcem wypracowałoby zupełnie inne systemy egzystencji.

    Laitz spojrzał na Asję pełen nadziei. Miał maślane wręcz oczy i dziewczyna to zobaczyła, a następnie – zbliżywszy się do niego – położyła mu ręce na ramionach. Zastygli tak patrząc sobie w oczy i z nich wyciągając niezliczoną ilość wszechświatów.

    W oczach Asji było tak wiele, ale jedyne co mężczyzna z nich wyciągał to otchłań – piękna, lecz pusta. Spokojna, lecz cicha, milcząca, zastygła. Przeraziło go to trochę, ale nie chciał wymiękać. Nie teraz, nie w takiej chwili. Musiał zmierzyć się z tym bezmiarem. Patrzył jej w oczy i nie wierzył, jak można mieć w nich taką przestrzeń, jak można wyrażać wszystko, nie wyrażając w zasadzie nic. Błękitny kolor oczu, wciągał go w siebie, energetyzował, ale nie było nic poza tym, nic więcej. Czy kiedykolwiek wyraziłyby miłość? Przeszło mu przez myśl.

    Jednak jego oczy też nie potrafiły wyrazić miłości. W zasadzie nie umiał ich nawet utrzymać w równowadze, by patrzeć na nią bez mrugania i początkowego wywracania gałkami na różne strony. Po uśmieszku znaczącym wargi Asji wnioskował, że z politowaniem rozmyśla ona o jego niestabilności. Lecz oczy pozostawały nieruchome – w nich rodziły się i ginęły słowa. Były potencją.

    I wtedy Laitz poczuł ucisk pomiędzy nogami, nawet ból, jakby pęcherz mu pękał, ale wiadomo, że to nie był pęcherz. Musiał opuścić wzrok i nawet się zdenerwował na te gierki Asji. Chciała mu coś przekazać? Nie udało jej się. Chciała się zbliżyć, wykonać ten pierwszy krok? Chyba nie miała wprawy w podrywaniu. W ogóle, do czego się ona mogła nadawać z tą swoją delikatnością, ze swoimi kwiatkami, burzą włosów, przez które trudno było dopatrzeć się wyrazu twarzy. Do czego mogła się nadawać ta jej smukła sylwetka, jakby syrenia, kusząca, ale zbyt eteryczna, by ją faktycznie posiąść. Nie miała pojęcia o grze miłosnej, o relacji z mężczyzną. Może nawet nie miała nigdy mężczyzny? Nawet na dziewicę wyglądała. Ta myśl oczywiście trochę ostudziła nerwy Laitza.

    Przyjrzał się jej ponownie i znów w tych oczach zobaczył wszechogarniającą pustkę, zżerającą go od środka, przegryzającą myślowe struktury tak skutecznie, że zapomniał o wcześniejszych rozważaniach i znów pogrążył się w otchłani oczu. Asja wytrwale wyczekiwała jego wzroku i łapała go niczym wytrawny myśliwy.

    „Co to za niebezpieczna gra”, zapytał Laitz, ale okazało się, że nie wypowiedział tego pytania. Musieli tak stać już dosyć długo i jego myśli przechodziły jakoś do jej głowy, poprzez te opustoszałe oczy.

    Wodospad dalej szumiał za ich plecami grota nieskończenie lśniła i swoją rześkością przetrzymywała podróżnych w swych wnętrznościach.

    Laitz potrząsnął głową. Te oczy znów pojawiły się przed jego twarzą. Wyraźne, jakby mógł je złapać w garść i zgnieść. Zgniótłby je z rozkoszą większą, niż wtedy…

    Tylko mu przeszkadzała. Teraz, w kluczowym momencie podróży, gdzie został sam na sam z prawdziwym odkryciem w podziemiach!

    Głosy jaskinne znów zapętliły się we własnym echu i Laitz miał wrażenie, że nawet rozpoznaje słowa uczestników wyprawy, jak sobie gawędzą przy ognisku. Ale te głosy były jakieś roztrzęsione, poprzecinane błyskawicami. Może na górze panowała wichura?

    Najbardziej wymarzony przez Laitza scenariusz to właśnie apokalipsa klimatyczna czy też pogodowa, która zmusiłaby ludzkość do zejścia w podziemia.

    Ziemia pewnie tak czy siak stopniowo zapadała się… w siebie, kurczyła, aż jedynym źródłem ciepła mogłoby się stać jądro ziemi.

    Jest też inna opcja – pokrycie planety nowymi tworami, które zamiast przybliżyć ludzi do jądra, oddaliłyby ich. Chodzenie po betonie i plastiku, potem po betonowych mostach, latanie w powietrzu.

    Skąd Laitz mógł wiedzieć, że to wszystko już się dawno nie stało? Przecież ich wyprawy nie dotyczą skupisk ludzi, nie dotyczą wielkich przemian. Laitz nie miał pojęcia, co się dzieje na ziemi. Może nawet wybuchła kolejna wojna albo epidemia? Może wręcz przeciwnie, ludzie radują się nowym wynalazkiem? Albo przymierają z głodu albo z obżarstwa. Zawsze były jakieś opcje. Zawsze istniały alternatywy. Więc i w tych apokaliptycznych rozważaniach Laitz widział dwie możliwe skrajności. I nie główkował nad tym, puszczał to dalej.

    Był na szczęście blisko tego upragnionego, żywego wnętrza ziemi. I na szczęście Te Oczy razem z nim. Przypominały, że podziemny świat dałby ludziom schronienie i bezpieczeństwo przed nimi samymi.

    A może to tylko zaklęcia wilgotnej ziemi, odzianych w kryształy ścian i pulsującej pod nią wody, podsuwały mężczyźnie takie przemyślenia? Odbierał je, dawał się im ponieść, wnieść coraz bardziej w czeluście jaskiń.

    Przyjęła go. Ciepła, mokra, szlachetna i groźna.

  • Źdźbło na rosie // 2 \\

    powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…

    źdźbło na rosie.

    O jednej podziemnej podróży

    Martyna Borowska, powieść 2018-2019,

    ODCINEK 2

    JASKINIE // 2 \\ WSPOMNIENIA

    Poczuć wnętrze świata.

    To było coś więcej niż pragnienie emocjonalne. I nie umysłowe, jak w przypadku większości grupy. Laitz pragnął tego wręcz w namacalny sposób – cieleśnie poczuć wnętrze świata.

    W głąb wejść, bez myśli w głowie, bez słów. Bez potrzeby rozumienia.

    Ta podziemna prostota… pociągała go najbardziej. I ciężar wszechświata, który był nad nim i niejako przygniatał, a zarazem pozostawiał nikłe przestrzenie, żeby jednak być.

    Dostojne bycie! – krzyczał Laitz, kiedy przekraczał jakieś słabo dostępne szczeliny i otwierała się przed nim grota wielka i pojemna, a on w niej sam na sam z gęstością ziemi.

    Każdy z nas – ciasny, mroczny, niemy!* – zwykł powtarzać w takich momentach wiersz rosyjskiego poety.

    Ale szybko po tym pojawiała się Rubian i swoim dużym tyłkiem zastawiała połowę jaskini, aby odczytać ewentualne napisy albo inne rysunki. Potem wpadała reszta ekipy, badali roślinność, szukali dziwnych stworzonek czy skamielin, spisując to wszystko i katalogując, by… co?

    By byciu nadać formę? Jakby TO… – Laitz rozłożył ręce, dotykając opuszkami palców wilgotnych ścian. – …nią nie było!

    A może

    jest ich więcej…? Form, ubranych w treść życia pamiętających prehistorię porostów?

    Wcale jednak nie uważał, że jego towarzysze podróży potrafią tylko przeszkadzać. Praca zespołowa często pomaga w wędrówkach, a oni prowadzili swoją już kilka lat. Jedynym rodzajem odpoczynku, jaki miewali – długim wszak, były obozowiska w niecodziennych i pięknych, dzikich warunkach, gdzie raz spędzili aż dwa miesiące. To była prawdziwa sielanka. Wakacje od przedzierania się przez cienkie szczeliny, skrupulatnego dłubania młoteczkiem lub pędzelkiem w skalnych świątyniach.

    Laitz znalazł wtedy podwodną grotę, miejsce bowiem, w którym zamieszkali leżało niedaleko rozległego akwenu wodnego, tuż pod wodospadem. Wpłynął do tej groty – nie była zbyt duża, lecz robiła wrażenie przytulnej. Dało się wyjść nawet z wody i poleżeć na zimnych skałach. Wszechobecne błękitne światło dawało złudzenie zatapiania się w bezchmurnym niebie. Po eksploracji podwodnego terenu, Laitz wrócił na powierzchnię i rozglądał się wygłodniałym wzrokiem za resztą podróżników, którzy jednak mieli lepsze zajęcia gdzieś w oddali.

    Tylko Asja grzebała patykiem w piasku, szukając pewnie jakichś kamieni, muszli, albo korzonków, które potem by wrzuciła do swojego nieodłącznego atrybutu – garnuszka. Jako jedyna z uczestników odważnie spożywała nawet podejrzanie pachnące specyfiki natury. Szczególnie intrygujące było jej obeznanie w podziemnej florze i badania, które prowadziła na sobie, mające wykazać właściwości różnych, nieopisanych wcześniej roślin, a także minerałów. Nie raz już wymyślała nawet nazwę dla jakichś pokracznych gatunków albo tworzyła krzyżówki mogące rosnąć na powierzchni.

    Laitz nie wiedział o niej nic poza tym, do czego przydawała się w ekipie. Sama nie mówiła wiele, ale często słyszał jak w swoim ojczystym języku mruczy jakieś kołysanki czy inne mroczne melodie. Z pewnością było Asji na rękę to, że grupa ulegle pozwalała jej pozostawać na uboczu. Lecz Laitza drażniły takie niezrozumiałe postawy w relacjach.

    Znalazłem małą jaskinkę pod wodą! – krzyknął do niej. Lubował się bowiem także w patrzeniu, jak żeńska płeć przebywa pod ziemią i rozpływa się wraz z mokrymi skałami. Jak oddycha wraz z nimi, a piersi falują w rytm subtelnie poruszających się podziemnych żyjątek.

    Ziemia sama w sobie miała w końcu coś babskiego i łączenie tych pierwiastków dawało mu jakiś rodzaj umysłowego orgazmu. Asja zerknęła na niego spod swych krzaczastych brwi, przedzierając ostrze błękitnego spojrzenia przez równie niesforne, jasne włosy. Pewnie, że była ciekawa tej jaskini. Ale korzonki były ważniejsze, Laitz czekał jeszcze jakieś piętnaście minut, pływając od brzegu do skał przy wodospadzie, aż wreszcie przyszła. Już nie była obwieszona woreczkami, tylko miała na sobie kostium kąpielowy i narzutę w postaci cienkiego koca, który złożyła na plaży starannie.

    Zanurkowali w milczeniu, a kobieta miała nieodgadniony wyraz twarzy. Laitz często myślał, że gdyby wszystkie kobiety umiały się tak bezpośrednio porozumiewać jak Rubian, świat byłby łatwiejszy w obsłudze. Niestety ani one, ani faceci nie grzeszyli prostotą. Ale koniec tych rozmyślań, to nie w stylu Laitza. Kiedy tylko zobaczył głębię błękitu, skały, falujące na nich glony i jej nogi zgrabnie odpychające wodę… poczuł zew swej nieokiełznanej pasji.

    Wpłynęli do jaskini i Asja powoli normowała swój oddech, bo nurkowanie przecież to nie taka prosta sprawa dla osób, które częściej stąpają po stałym gruncie.

    I jak? – zapytał podekscytowany Laitz, lecz już w jej twarzy widział, że Asja nie znajdzie tu nic interesującego. Nawet on rozpoznawał pobliskie porosty, a grota była w większości jedynie lepka i goła. Była błękitna, pełna wody. Ale Asja nie raczej nie należała do osób romantycznych. Oczywiście dla niego stanowiło to wszystko niemały rarytas zmysłowy. Już wtedy uświadomił sobie cel, dla którego chciał pokazać tę jaskinię Asji. Marzył mu się seks w takim miejscu, oddanie się rozkoszy w czeluściach podziemnych, tak samo mokrych i nabrzmiałych, jak kobiece łono.

    Laitz rozłożył ręce w geście rezygnacji, bardziej wobec siebie samego, niż Asji. Kobieta porozglądała się wokół, dotykając ścian – i widok ten niemalże przyprawił mężczyznę o wzwód – a potem wzruszyła ramionami i powiedziała cichym głosem:

    Zwyczajna.

    Możemy sprawić, że stanie się nadzwyczajna. – to było jedyne, co Laitz dał radę wydobyć z siebie i co nie byłoby chamskie, natarczywe i agresywne, choć zdawało się jawną kopią z jakiegoś hollywoodzkiego filmu. Inne pomysły, jakie chodziły mu po głowie naruszałyby styl bycia Asji, a jednak nie chciał w niego aż tak ingerować. Wolał, żeby sama się mu oddała, jak te jaskinie niewinne i charakterne, zawsze otwarte dla Laitza.

    //.. ..\\

    Głosy przenikające przez nową jaskinię, którą właśnie eksplorował, przypomniały mu ten dzień i delikatność skóry Asji w podwodnej grocie.

    Głosy te miały w sobie nuty pełne sekretów, w zasadzie całe były sekretem, jak kobiecość. Były nieznanym językiem, przekazem z jakichś planet połączonych z ziemią od wieków nieznaną mu nicią. Połączone poprzez buchające ciepłem jądro, ukryte w głębinach pod ich stopami.

    Laitz bał się, że może nigdy nie będzie w stanie poznać jaskiń tak bardzo, jak mogłaby to zrobić kobieta na jego miejscu. Kobieta, która jest ziemią. Może dlatego właśnie był taki zapalczywy w swoich poszukiwaniach, tak nieugięty, tak bardzo chciał nadrobić to, czego natura mu nie dała, ale co mógł poznać w skalistych czeluściach ziemi.

    Napisy, którymi pokryte zostały ściany jaskini zachęcały do zbadania, do dotknięcia, do podążenia śladem tych dawnych reliktów. Laitz po ciężkiej, kilkugodzinnej pracy przecisnął się wreszcie przez jamkę i mógł stanąć na pełnej skorupiaków, ubitej ziemi. Przyjrzał się skalnym ścianom.

    Nikt nie wyrył na nich modlitw. Nikt nic nie malował ukryty w cieniu, a ni nie śpiewał. Ściany same bowiem żyły. Poruszały się, rozrastały w niesamowitym rytmie, który z jednej strony był powolny i majestatyczny, a z drugiej pełen dynamiki w naskalnych porostach i roślinach falujących w rytmie podziemia… Laitz był przekonany, że w przeciągu sekundy zmienia się cała struktura jaskini. I kolory tych słów, symboli w swej brunatności zielonej okazywały się pnączami, ułożonymi w niecodzienny sposób, nabierającymi coraz więcej jaskrawej barwy im wyżej znajdowały się jaskinnego sufitu. A może to były smugi zatopionych w ścianach drogocennych kamieni?

    Latiz zbliżył się do ściany i prawie pochłonięty przez ożywione historie, odetchnął lekko zatęchłym, ale pełnym pierwotnego życia zapachem.

    Często schodził głęboko w podziemia, tam gdzie żaden śmiałek nie postawił stopy, a nawet i myśli. Mężczyzna wybierał miejsca, do których schodził, intuicyjnie. Nie dbał o naukową stronę swojej pasji, o wielkie Odkrycia. Dbał tylko o bycie w Niej. O fizyczne obcowanie z wnętrzem ziemi.

    I jak można uznać takiego człowieka za wytwór egotycznego, cywilizowanego świata? Pragnienie powrotu do korzeni, do zagrzebania się w nich i tam bycia – a nie rozpaczliwego szukania kolejnych iluzji dla własnego umysłu – to naturalny stan w obecnych czasach. Jednak Laitz… był wytworem egotycznego świata – swoje bycie pełne ekstazy, marzenia o eksploracji i zanurzaniu się w podziemiach, stawiał ponad życie wszystkich innych.

    Nie obchodziły go egzystencjalne rozterki i uczucia, jakie towarzyszyły członkom wypraw. Nie rozumiał ich przywiązania i osobistych pragnień. Rozmowy na jakiekolwiek tematy zostawiał im. Przesiadując przy ognisku, podczas gdy Laitz zatapiał się w wilgotnej ziemi i pachnącym mchu, próbowali dyskutować o filozofii i fizyce, opisie nieopisywalnego, o absolucie i i ziemskiej wędrówce człowieka.

    Robili to też w tej chwili, gdy Laitz oddychał najbardziej osobliwą jaskinią, do jakiej trafił. Wprawdzie jej klimat i dotykał także mizernego obozowiska, lecz ich interesowały tylko słowa. I czy byli gorsi, wymieniając się nowinkami technologicznymi? Czy istnieli w chwili takiej samej, w której istniał Laitz kilkanaście metrów stąd?

    Odpowiedzialność ponosi wynalazca, a nie ci którzy korzystają z jego wynalazków. Co jakby był wadliwy? To wina stworzyciela.

    No tak samo mógłbym powiedzieć o jedzeniu! Kto niby jest winny za to, że zjadł za dużo jabłek? Drzewo? Obżarł się i tyle. – Kolumbijczyk odpowiedział wybuchowo swojemu bratu.

    Dajcie spokój, nakładanie na kogokolwiek winy jest bezsensowne. – mruknął Juliusz.

    Ale wszyscy pomyśleli: pomysł wyprawy jest tylko pozornie wspólny i to oni są pionkami w grze szaleńca, ich stworzyciela. Oczywiście nikt nie był w stanie powiedzieć tego na głos, nie każdy też przyjął tę myśl za na tyle istotną, by wyciągnąć ją na powierzchnię. U Rubian tkwiła ona wciąż głęboko w podświadomości i objawiała się ucieczką w wygodę, w momencie kiedy Laitz przejmował kontrolę nad dalszymi ruchami w podróży. Przemowy kobiety o zmęczeniu albo patrzenie na zegarek, jakby byli w cywilizowanym świecie i zaraz zamykano ostatni market spożywczy – to była właśnie ucieczka. Podświadomość nędznie sprowadzała ją do zwykłego człowieczeństwa.

    Asja wykorzystywała ten czas na babranie się w błocie i wyrywanie po nocach dziwnych kłączy z przymarzniętej ziemi. Wróciła właśnie z naręczem chrustu. Ale to nie był chrust.

    Zrobię z tego odwar. – powiedziała i wszyscy zatrzęśli się ze śmiechu, ale nie skomentowali jej działań, tylko w milczeniu odsunęli się od paleniska, by dać jej przestrzeń do pracy.

    Kolumbijczyk Juan pomógł Asji ułożyć menażkę nad ogniskiem i z bezpiecznej odległości obserwował kobiece ruchy. Wszyscy mieli zaraz zostać odurzeni jakimś tajemniczym wywarem, ale nikt nie protestował. Cała wyprawa w swych najmniej podróżniczych momentach skupiała się właśnie na pozbawianiu wolnej woli niektórych jej członków.

    Asja nic nie mówiła, tylko pokroiła na mniejsze cząstki suche łodygi, a z niektórych zdarła korę i wrzuciła surowce do rondla. Rozszedł się specyficzny aromat ziemi i żywicy. Oraz subtelny zapach ciszy, w którą…

    Tu nie ma drzew, są korony.

    Tu nie ma drzew, są korony.

    Tu nie ma drzew, są korony

    enigmatyczne słowa wpełzały w gęste od dymu powietrze.

    Laitz w jaskini słyszał każde z nich rozbite na miliardy ech.

    _______________________________

    *Aleksander Wwiedienski „Elegia”, rosyjski poeta i filozof awangardowy.

  • Źdźbło na rosie // 1 \\

    powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…

    źdźbło na rosie

    O jednej podziemnej podróży

    Martyna Borowska, powieść 2018-2019,

    ODCINEK 1

    (więcej…)
Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij