powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…
źdźbło na rosie.
O jednej podziemnej podróży
Martyna Borowska, powieść 2018-2019,
ODCINEK 5
Jaskinie // 5 \\ Jednostka
na skraju światów
Laitz skrupulatnie oznaczył teren za sobą. Nie chciał się przecież aż tak zagubić w tych skalnych labiryntach, a wyglądały na naprawdę rozległe. Panowała w nich senna atmosfera, ale też dziwna energetyka zabraniała się zatrzymywać, wciągała dalej, w głąb. I Laitz naprawdę nie wiedział już czy słyszane tu wcześniej słowa pochodziły od towarzyszy wyprawy i przyniosło je tu echo czy to może jego rozkoszne wspomnienia lub ktoś, kto faktycznie siedział w czeluściach tej jaskini. Szedł, chcąc to odkryć, udowodnić.
Chyba, że jednak… to jego myśli stały się tak głośne?
Trzymając mocno pas na biodrach, przypomniał sobie jedną z pierwszych wypraw podziemnych. To wtedy obudziła się w nim iskra miłości do tego tajemniczego świata, ale też narodziły jego dziwactwa i wspomnienia „ciała ziemi”. Były wytworem umysłu pozbawionego bodźców, osamotnionego, pozostawionego na pastwę podziemi.
Matka Laitza o niczym nie wiedziała.
Wszedł z ojcem i jego partnerką do dosyć rozległej, dobrze opisanej jaskini. To miał być dla Laitza prezent na dziesiąte urodziny. Wejście było ciasne – wiodło przez tunel, jakby szyb, po którym opuszczali się przy użyciu lin. Grota na dole okazała się rozległa i pozbawiona interesujących punktów odniesienia. Ojciec z Sabriną pokazali chłopcu mapę i opowiedzieli jak przebiegały odkrycia tej jaskini. Były dwie odnogi – jedna prowadziła do czegoś w stylu podziemnego jeziorka, a druga w dół, kolejnymi tunelami.
Ta druga nie została do końca zbadana, prawdopodobnie też kończyła się gdzieś w wodzie, bo cały kompleks znajdował się pod klifami Atlantyku. Ojciec i Sabrina planowali zbadać to, kiedy uzbierają fundusze na dobry sprzęt. Byli fascynatami speleologii, w zasadzie Sabrina była i wciągnęła w to ojca. Nie należeli do żadnego klubu, ani stowarzyszenia. To ograniczało nie tylko ich możliwości, ale też pogłębianie wiedzy. W zamian zaś mogli robić pod ziemią, co tylko chcieli.
Małego Laitza zabrali nad to podziemne jezioro i chłopak po trzygodzinnej wędrówce ku wnętrznościom ziemi poczuł co naprawdę znaczy jej w n ę t r z e. Co to znaczy BYĆ POD powierzchnią. Poznał dobrze zapach, smak i dźwięk jaskiń. Kiedy dotarli do jeziora, zatrzymał się oniemiały i nie wiedział jak to opisać. Gdy w szkole dostali zadanie na opisanie najlepszego dnia w życiu, Laitz przedstawił właśnie ten. Wtedy matka dowiedziała się o skrywanej wyprawie syna do jaskiń ze swym byłym mężem i pękła z zazdrości i gniewu. Nie pozwalała synowi na te eskapady z prostego powodu – lęku i dziwnych przeczuć oraz podejrzeń, które tylko kobietom rozumiejącym kosmiczne pętle są znane.
Od tej wyprawy Laitz czuł, że jego życie toczy się tak naprawdę właśnie pod ziemią. Kiedy stanął przed jeziorem, które było przejrzyste i błękitne, poczuł rozpierającą go w sercu radość. To czyste uczucie uświadomiło mu, dlaczego żyje.
Potem stało się coś, o czym nikt oprócz Sabriny i ojca nie wiedział. Nawet Laitz wyprał to wydarzenie z umysłu, chociaż oczywiście nadal wpływało na wszystkie jego późniejsze zachowania, decyzje i aktywności.
Chłopak znalazł się pomiędzy stalaktytami, jakby na obcej planecie. Rozglądał się wokół i zastanawiał jak to możliwe, że taki podziemny świat jest nieznany połowie populacji?
Pod nogami chłopaka znajdowały się skamieliny o prostych kształtach, skorupy przypominających rozgałęzione piórka lub układ kostny. Emanowały prostotą ziemi. Niczym więcej, pełnią własnego wymarcia, zatrzymania swej formy ku uciesze nikogo. Niektórzy wędrowcy podziemi znajdowali skamieliny, ale przecież nie każdy zachwycał się ich kształtami. Większość pozostawała nawet niedostrzeżona.
Istniały dla nikogo.
Może to właśnie była najwyższa forma istnienia?
Laitz sięgnął po jeden z kamyków i zachwycił się jego gładkością. I tak wtopiony w skały przestał słyszeć chichoty Sabriny i ojca. Robiły się coraz bardziej odległe, przecinane pluskiem wody, w której niedawno wszyscy się kąpali. Oni poszli na swoje eksploracje, Laitz miał nie oddalać się zbyt daleko, ale też nie krępować się w zwiedzaniu groty. Tej jednej, ale to ona zwiedziła jego.
Nie musiał nawet odchodzić, bo wnet przed nim pojawiła się wyrwa w skale, w którą mógł bez trudu się przecisnąć, jako młody i szczupły chłopak. A tam – królestwo skamielin, stalaktytów, nieznanych mu szczątek, kości, kamieni! Oniemiały posuwał się dalej, pomiędzy kształtami wnętrza ziemi. Były tak niesamowite! Jak powieści fantastyczne, baśniowe, opisujące przygody przyszłości, a przecież raczej przeszłość obrazowały. A może linia czasu wcale nie ma aż takiego znaczenia? Laitz myślał sobie o tym wszystkim i szedł, szedł, szedł, aż usiadł zmęczony i przysnął.
W spokojnej głowie zrobiło się wiele miejsca na bodźce z wnętrza jaskini. Powoli przedzierały się do podświadomości chłopaka, powoli i nieśmiało, a jednak wszystko było już przesądzone. Czasem potrzeba delikatnych ruchów, subtelności i pozwolenia na działanie bez własnego wkładu, by coś faktycznie się stało.
Tak właśnie w umyśle Laitza pojawiały się fraktalne twory, z których wychodziły zwierzęta żyjące tu, pod ziemią, w zamierzchłych czasach, może i żyjące nadal. Pajączki, odmieńce, prawie przezroczyste i ślepe chrząszcze. Gdzieniegdzie pojawiały się nietoperze. Przecinały rozłożystymi skrzydłami czeluści podziemnego świata. Wydawały dźwięki. Przejmujące piski, jakby alarmując przed zbliżającym się niebezpieczeństwem.
Laitz odczuł na skórze chłód i krople wody, a to nad nim wielka nietoperza głowa śliniła się; nad nią zaś kolejna i kolejna. Jakaś salamandra owinęła się wokół stopy chłopaka. Po jego rękach spacerowały pająki. Czuł każde odnóże. Zanurzały się w jego dziecięcej skórze, może wstrzykując w nią jakąś substancję, która zmienia w jedno z tych zwierząt? Strach wpełzł na plecy Laitza, tworząc ciarki na całym ciele. Piski nietoperzy wymieszane z kapiącymi wydzielinami wszystkich tych zwierząt i wodą, gwałtowną falą uderzyły w młodego wędrowca i weszły w niego. Rozlał się na kolejne metry jaskiń, przybierając ich formę, ich zapach, poziom wilgotności i wydrapane przez dawnych zdobywców nazwy. Wydawało mu się jednak, że to żadni podróżnicy, tylko przeszłość sama sobie wypisała na ścianach historię. Laitz, przybierając dalej kształty stalaktytów, okrył się jak płaszczem ochronnym skrzydłami nietoperzy i w tej pozycji spojrzał w dół, na jaskinną całość pod sobą.
Słyszał odległy plusk wody. Czyjeś głosy. Ale przede wszystkim piski i chrobotanie zwierząt. Zagrzebywały się pod nim, w ziemi. Odmieńce, wijąc się rozkosznie w piachu, zdawały się nawet szeptać jakieś rytualne modlitwy. Laitz nie mógł dłużej czekać – rozłożył skrzydła. I wszystko stało się bardziej intensywne: kolory, których przecież pod ziemią nie było tak wiele, tętniły życiem, pulsowały zapachami. Obce dźwięki tworzyły nagle muzykę. Mógł wychwycić każdy jej szczegół, a pozbawiony słów i emocji instynkt kierował go w stronę czuwających przy kamieniach zwierząt.
Chrząszcze wydawały donośne odgłosy, przywoływały go do siebie. Nie był tu sam. Inne nietoperze ruszały uszami, łapiąc najdrobniejsze dźwiękowe niuanse. Przedzierał się przez to wszystko głos ludzki, zduszony może własnym płaczem albo wydobywający się spod pobliskiej wody. Ktoś tam był, ktoś chciał go złapać.
Nie, to on chciał złapać…
Zbliżał się do chrząszcza, który był przezroczysty, ale strasznie głośny. Tak głośny, że Laitz musiał szybko skoczyć na niego i owinąwszy wielkimi skrzydłami, wgryźć się jak tylko umiał najlepiej, a odmieńce zaśpiewały mu inicjacyjną pieśń…
jednostka na skraju światów
Laitz potrząsnął głową. Raz, drugi. Oparł się o ścianę – zaśpiewała mu cichym głosem naskalne poezje, łącząc się w jego głowie z zawodzeniem ojca, kiedy został wreszcie odnaleziony.
jednostka na skraju światów
Wspomnienia pierwszej, prawdziwej podziemnej wyprawy prawie go sparaliżowały. Był to silny strach, ale nie tak pospolicie – przed śmiercią, a przed przekształceniem w inną formę z zachowaniem świadomości człowieka. Powtórzył wyryte w pamięci zdanie: jednostka na skraju światów, które jak mu się zdawało, wypowiedział w myślach wtedy jako dziecko, samotnie w podziemiach lub zapamiętał z jakiejś czytanej akurat lektury dla nieco starszych chłopców niż on.
Bał się tego, że znów zostawi cząstkę siebie w podziemiach i ten osobliwy lęk go napędzał, przekształcając się w słodką adrenalinę. Przecież każdy akt schodzenia w głąb był właśnie tym. Laitz mógł istnieć teraz pod podszewką całej kuli ziemskiej, niejako będąc nią. Ciało w ciele. Na ile tym razem pozwoli sobie zostać scalonym? Myślał o tym, posuwając się coraz szybciej w głąb dopiero odkrytej jaskini.
// . \\
Towarzysze wyprawy siedzieli przy ognisku przysypiając i rozmyślali o tym samym, co Laitz. Pulsowanie pod skórą przypominało im o nieprzewidywalnej, groźnej, dostojnej ziemskiej materii.
– Laitz chce odtworzyć sieć podziemną. Może zostawia tam artefakty. – mruknęła Rubian, która choć uwielbiała odczytywać starodawne znaki na ścianach, to jednak wolała robić to w bardziej wygodnym miejscu, niż wilgotne jaskinie.
– Ta… – zaśmiał się Juliusz. – Własne siki chyba.
Kolumbijczycy zarechotali. Asja odwróciła się do wszystkich tyłem i mruczała jakieś litewskie piosenki. Brak im było scalenia, przyjacielskiego uścisku w drodze.
Zawsze po długiej nieobecności Laitza rozpadali się na pojedyncze kadłubki, bez rąk i nóg, a nawet bez woli. Nie zapadali w głęboki sen, bo wywar przyrządzony przez Asję skutecznie im to uniemożliwiał, wprawiając w stan nieustannego czuwania. Było to męczące, frustrujące, lecz nikt nie zdawał sobie z tego sprawy.
– Trochę zaufania. – powiedział im kiedyś Laitz, kiedy krzywo patrzyli na okrągłe nasiona nazbierane przez Asję w amazońskiej dżungli. – Zapomnijcie o marketach i przyzwyczajcie się do tego, co realne. Nasiona pulsowały im przed oczami jak jaja, z których zaraz wykluje się jaszczurka.