Po ukończeniu miniatur twórczych DROGI NAD RZEKĘ, poczułam, że czas wejść głębiej. Tak narodził się projekt literacki PŁYNĄC.
Pisanie z perspektywy rzeki.
(więcej…)
odcinek 16
źdźbło na rosie
o jednej podziemnej podróży
Kobieta Matka Babka Bogini o wielu twarzach siedziała niczym posąg, choć wszystko w niej się przelewało. Zrobiona z pięknych kamieni, które w środku nie zastygły. Były płynne, ciągle w ruchu, w kreacji.
Siedziała z fletem wielkości długiej gałęzi albo małego człowieka. Z drewnianym fletem pełnym wiecznych melodii. I to one były jej językiem.
Ciepło tej groty było wypełniającą kobietę energią. Tętniła wraz z ziemią. Tętniła tworzeniem. Skały przesuwały się w nieokreślonym początkowo rytmie. Powoli, od najmniejszych, aż po te stanowiące niezauważalny ruch gór.
Rzeki znajdowały nowe koryta.
Grota nie budziła podejrzeń.
Była duża, na wylocie z jaskiń, przestronna i dobrze usytuowana pośród skał, stabilnych i niskich.
Być może więc śnili na jawie ze zmęczenia i poddenerwowania, z niecierpliwości i osamotnienia. Oczy przekrwione, zamglone, insynuowały sobie sceny z mitów.
Że świat zaczął się zmieniać, natura wprowadziła nowe prawa, żywioły zamieniły się rolami.
Grota, w której trwali uczestnicy podróży bez najmniejszego dźwięku przesunęła się.
Potem kamyczki regularnie zaczęły się przesypywać, a piach zgrzytać.
Ściana jaskini znajdowała się coraz bliżej jej środka. Blisko ognia i siedzących wokół niego Juliusza, Rubian i Kolumbijskich braci.
Patrzyli na to osobliwe zjawisko jak w hipnozie i może zostaliby stratowani przez ruszające się skały, gdyby nie reakcja Kolumbijczyków.
Nie podnieśli alarmu, nie powiedzieli choćby słowa, że zjawiska wokół mogą im zagrażać. Wpatrzeni w ognisko, tlące się słabo w centrum ich kręgu, pokiwali lekko głowami.
A zatem dotarł.
Rozrzucone za ich plecami cząstki roślin, z których Asja jakiś czas temu przygotowywała ciepły wywar, zadrżały pod wpływem odradzającego się w nich życia. Patyczki, strzępki listków, łodygi, wypuściły nikłe korzonki i wniknęły nimi w ziemię. Rubian na ten widok pisnęła i rzuciła się Juliuszowi w ramiona. Coś się zmieniło, a raczej zaczęło zmieniać. Nawet zapach ludzi.
– Proszę bardzo. Mamy odpowiedź. – Warknął Juliusz, jakby do siebie, bo nikt nie znał pytania.
– Ona nas potruła. – Dodał, wskazując palcem na rośliny, które teraz dostały kolejnych elementów. Pączki, listki rosły sobie z lekkością i swobodą. Choć do groty nie docierało słońce i nie było go nawet na niebie.
Carlos i Juan potarli czoła i zaczęli zbierać rzeczy, a następnie pakunki wyrzucać na zewnątrz poprzez wyjście z groty.
– Czuję ciśnienie w głowie. – Załkała Rubian. – Takie napięcie, jakby coś się tam podgrzewało.
– Drżenie neuronów, nie wiem! – Trzymała się mocno za skronie. – Nie umiem tego uwolnić, wypuścić.
– Czego kochanie? – Juliusz trzymał ją za ramiona, dotykał twarzy delikatnie, z namaszczeniem.
– Masz rację. – Rozejrzała się w panice. Jej oczy były nienaturalnie duże. – Ona nas potruła. – wycedziła, a z ust kapnęła jej strużka śliny, co sprawiło, że przez chwilę upodobniła się do syczącego węża. Juliusz pogłaskał żonę po głowie.
– To przez pogodę i te… skały… Rozluźnij się. – Szepnął i zostawił ją przy ogniu.
Sam jednak czuł wewnętrzne dudnienie, jakby w głowie zgromadziły się wszystkie słowa i myśli, jakie kiedykolwiek pomyślał i usłyszał. To napięcie czyniło go wrażliwym na bodźce, a zarazem odgrodzonym od świata. Zamglona percepcja, umysł tonący w mule, jakby zmysły mężczyzny spotkała bagnista kąpiel. Odpadały od niego, kawałek po kawałku.
– Aaaaaa! – Zawyła Rubian. Skalna ściana była tuż przy niej, odsuwała się więc na drugą stronę ognia.
– Boli!
Kolumbijczycy wynosili skrzętnie sprzęty, ubrania, rzeczy i szeptali do siebie.
– Rubian, chodź. – Juliusz stał przy wyjściu z groty. Nagle przypomniał sobie o Laitzu, o Asji, o misji, o ich wędrówce i czasie na otwartych przestrzeniach.
– To, co czuję jest jak… jak… jak… głosy szumiące w środku mnie, których nie umiem wyrazić.
– Aaaa… Dlaczego? Co to znaczy?
– To powiedz skarbie, powiedz teraz.
Rubian zawyła. Nic nie wydusiła z siebie, a jej twarz była cała czerwona.
– Chodź. Siedzisz za blisko ognia. – Juliusz odciągnął kobietę i wtedy skała z lekkim chrzęstem weszła na ognisko. Kilka strzałów iskier, kotłujący się popiół. Zapadła cisza. Wszystko zamilkło.
– Musimy uciekać. – Szepnął Juliusz, lecz kleknął przy niej. Nie było światła, bracia Carlos i Juan byli na zewnątrz, zabrali cały sprzęt. Juliusz trzymał mocno żonę za ramię i przez chwilę słyszał tylko ich buzujące, szumiące głowy. Kotlinę pełną niewyrażonych zdań, potrzeb, myśli, a pewnie i emocji oraz ukrytych wspomnień.
Nie miał przestrzeni w sobie na ocenę sytuacji i zadanie pytania, co oni tu u licha robią.
Ale gdyby nie Laitz, nie poznałby Rubian. Poczuł jej miękkie ciało pod palcami i odetchnął.
– Weź głębokie oddechy, to pomaga. – Stwierdził i chwiejąc się jak dwie marionetki, wstali.
– Te wszystkie litery, alfabety, znaki… kształty dawne i nowe. Tych liter jest tak dużo, Juliuszu…
– Jakbym czegoś nie zrozumiała. Nie wiem jak je posiąść, zrozumieć, przekazać dalej. Tętnią życiem. Są rozsypane, są niesłyszalne, a chciałyby… jest tyle konfiguracji, konfrontacji, tyle ścieżek, każdy znalazł swoją…? A ja? Tylko odtwarzam? Za dużo ich spada, są tak różne, tak piękne… I straszne…
Palce Rubian wciśnięte były w jej bujne loki. Juliusz wymacał je w ciemności i przyciągnął ukochaną do siebie.
– Cii…
Te wszystkie miejsca, w których byli, jaskinie i tunele, lasy i podwodne groty, wyświetliły im się przed oczami, jak film. Ogrom doświadczeń wyciągniętych z ziemi i słów jej własnych, zakodowanych w roślinach i szumie wody.
– Musimy rozłożyć namiot. – Zauważył Juliusz.
Kolumbijczycy spojrzeli na siebie.
– Czas wracać. – Powiedział Juan.
– A Laitz? – Juliusz zerknął na rozdygotaną Rubian. Gdzie się podziała jej kwitnąca, piękna i dzika siła? Zapragnął ułożyć kobietę w świetle księżyca, by też wyciągnęła się i napęczniała.
– Dni są takie krótkie, a noce zbyt długie… – Zajęczała Rubian. – Czy te słowa z porostów były zaklęciami?
– Nie wiadomo.
– Czas wracać. – Powtórzył Juan.
– Już możemy. – Dodał Carlos.
W wydanej w tym roku Kajwali, mojej powieści – jak ją nazywam – medytacyjnej, zamieściłam wątek przebywania bohaterki na pustyni. Dokładniej, była to wyimaginowana, mała wioska na obrzeżu Pustyni Thar. W Rajastanie – stanie północno-zachodnich Indii. To nie jest jedyny wątek pustynny w moim życiu. Umieszczam to miejsce, tę przestrzeń, w innych, niewydanych jeszcze, powieściach. Umieściłam je na długo w swoim życiu, nazywając mieszkanie za czasów studenckich „Pustynią”. W moim umyśle wiły się pojęcia takie: upustynnienie umysłu, stan zero, święta nicość, nirwana, … merkaba.
Pustynia jest dla mnie czymś ważnym. W sensie metaforycznym, filozoficznym i przestrzennym. Tak mocno zakorzeniła się w moim umyśle, że można powiedzieć… mentalnie zawsze na niej po trochu jestem.
Gdyby nie osobliwe, niezrozumiałe dla mnie, przywiązanie do pustynności, nie okiełznałabym mojego nadaktywnego, kreatywnego umysłu. Pustynia daje ukojenie, ale też jest wyzwaniem w różnych aspektach.
po prostu Cię lubię, Pustynio.
Dziś nastąpił przełom, można rzec – pierwszy dzień nowego życia. Stałam się pustynią. Nie tyle ponownie, co w pełni, dogłębnie. Przeszłam bierzmowanie. Zostałam uświęcona.
„Bywało, że mówiły do Hary słońce i piasek, i okoliczne kamienie czy mury domków na horyzoncie, a słowa ludzi przemykały obok, krzyki dzieci, śpiewy młodzieńców, kobiece szepty – to wszystko umykało wraz z wiatrem. Gdy Jogini się poruszała, piasek zaczynał szumieć bez końca i był zawsze gorący. Może to poprzez niego słońce docierało do uszu ascetki. Zamykała powieki, oddawała się głębokiemu snu bez obrazów, nazw, zapętleń, ale słyszała wciąż zgrzytanie malutkich kamyczków. Lecz Tamten sen był przecież za dnia, jakby falowanie krajobrazu wprowadziło ją w trans, więc nie mogła rozstrzygnąć, czy spała, czy medytowała albo czy świadomie odpłynęła umysłem daleko od gorąca. „

![[tysiąc i jedna zasłona 2]](https://alslowia.design.blog/wp-content/uploads/2021/10/644085_-1280x828_width_50.jpg?w=1024)
Opadły kolejne, która nałożyłam na pisarstwo – dążenia, oczekiwania, cele. Jak dobrze wrócić do domu, z którego nigdy się nie wyszło, bo nie było gdzie, bo ów dom w przestrzeni niezmierzonej i w bezczasie trwa…
(więcej…)

Powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…
źdźbło na rosie.
O jednej podziemnej podróży
Martyna Borowska, powieść 2018-2019,
ODCINEK 15
Jaskinie // Woda \\
Przez jaskinie często przepływają rzeki, źródła krystalicznie czystej wody. Czasem groty są nią wypełnione. Taka woda tętni pierwotną energią, elektryzuje i odurza swą gęstością. Prądy o barwach fioletu i turkusu unoszą się na falach i pod nimi. Wchodzą w skały, rysując na nich historie o dźwiękach przedwiecznych.
Prądy te przeszyły Asję. Weszły w nią poprzez opuszki palców dotykających ścian jaskini. I choć ominęła podziemne jeziorko, strumyk wciąż grzechotał u jej stóp, a woda pluskała we wnętrzu kobiety.
Śpiew początkowo był przytłumiony, lecz tak naprawdę to poszczególne słowa dudniły, ryjąc jakby kolejne tunele w wilgotnej ziemi.
Stalagnaty wyglądały niczym olbrzymie nogi, a nawet wibrowały fioletowo-turkusowymi prądami w rytm śpiewnego głosu.
Asja była we wnętrzu.
Owo wnętrze pachniało nutami kwiatów i deszczu, zaklętych we wspólnym tańcu na zawsze. Czy coś mogło się przez nie przedrzeć? W tym środku nasyconym życiodajnymi płynami?
Asja dostrzegła światło, albo to tęsknota za słońcem wyzwoliła tę wizję. Jednak z każdym krokiem płonące przejście było bliżej i kolejny tunel otworzył się przed kobietą.
Za ścianą ognia, przy małym ognisku, siedziała stara kobieta i grała na długim flecie.
Co tworzyło się za jej plecami? To był bezkresny ogród pełen figlarnych zwierząt i setek odmian paproci. Już gdzieś Asja to widziała, tę baśniowość niezmierzoną, ale tym razem…
Powietrze omiotło twarz Asji, zastygłej w bezruchu z oszołomienia.
Kątem oka wypatrywała roślin i znajdywała w głowie nazwy wywąchanych kwiatów. Ale w sercu coś się zmieniło.
Ziemia stała się centrum wszechświata, wielością rzeczywistości malowanych dźwiękiem i oddechem.
Ziemia stała się swym początkiem i końcem.
Asja czuła gładką strukturę drewna pod palcami.
Małe dziurki zatrzymywały dopływ powietrza. I puszczały go
I tylko od niej zależało
czy…
jak…

powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…
źdźbło na rosie.
O jednej podziemnej podróży
Martyna Borowska, powieść 2018-2019,
ODCINEK 14
BEZSTAN
Implozje rzeczywistości.
Mgła zalewała jaskinie falami.
Wydawała przy tym słodkie melodie.
Oczy przysłonił im szum, który przeszedł w ułamku sekundy poprzez skalne ściany. Zadygotały lekko. Prąd kolorów i odblasków ziemistych odcieni onieśmielił Asję, zaś Jaszczurza Postać poruszyła się wraz ze swym domem. Błyszczał, rozświetlając popielaty kurz.
– Pierwsze były rośliny. – rozległ się cichy, stłumiony, ale niezwykle silny głos.
Asja nie widziała go dokładnie, ale uścisk na kostce zmienił się w pieszczotę.
– Rośliny, oczywiście. – szepnęła grzecznie, od razu chcąc dowiedzieć się czegoś więcej.
Racjonalna część kobiety wołała ku wyjściu z groty, lecz była bardzo cicha i słaba. Asja nawet nie wiedziała, że posiada w sobie taką. Nie znała potrzeby przetrwania, radości, wygody, nie rozważała plusów i minusów żadnej sytuacji.
A teraz, ta zapomniana cząstka umysłu, przebiła się do świadomości Asji. Poprzez mgłę i kurz i jej szaleństwo pełne krzewów i korzonków. Pomiędzy tym wszystkim było coś jeszcze, czego ona nie widziała, a Pan Jaskiń – doskonale.
Porosty zaczęły się rozrastać, poruszać, żyć. Dotąd skamieniałe z braku wody, teraz nasączone parą wodną, odżyły.
Asja zaczęła powoli iść w kierunku otwartego przejścia – kilka kroków w tył i już poczuła wilgotny zapach ziemi, ciasne przejście wyglądało zachwycająco. Spektakl na ścianach groty Jaszczura też. Gdyby tylko udało się kobiecie zeskrobać kilka porostów!
Zerknęła poprzez opadający powoli kurz na Pana Jaskiń. Kim on był? Gdyby Asja nie była Asją, zapytałaby go. A Jaszczur odpowiedziałby, poetyckim językiem prehistorii. Pozaczasu raczej, lecz i tego Asja nie mogła się dowiedzieć.
Wreszcie, łącząc w głowie kilka baśni, legend, przeczuć, stwierdziła, że osobliwa postać musi być strażnikiem tego, co kryje się dalej.
Zaskoczony Pan Jaskiń ruchem kobiety ku porostom, puścił jej kostkę.
Był zaintrygowany, zdawał się rozmyślać, wspominać. Przypominał tym Laitza, lecz bez jego porywczości zaraz po krótkiej i intensywnej refleksji.
Jaszczur wodził wzrokiem po ukrytych strukturach w przestrzeni groty, więc miał więcej do rozważania.
– W tej sennej krainie ruch jest wypadkową niespodziewanych wtrętów żywiołów. – oznajmił wreszcie Pan Jaskiń. Asja zdążyła już schować próbki roślin do torebeczki u pasa.
– Jakie żywioły cię odwiedzają? – spytała, nagle tknięta potrzebą podtrzymania rozmowy. Zauważyła bowiem w kącie jaskini, gdzie leżał wcześniej zwinięty Jaszczur coś błyszczącego, kolorowego. Wyglądało jak powoli wzrastający kwiatek.
Asji zaświeciły oczy i miała już w głowie idealny plan.
– Ogień. – mruknął groźnie Pan Jaskiń. Kobieta nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Skąd tu ogień? Może to skały wulkaniczne? Czy Laitz wiedział?
Asja nie znała nawet nazwy regionu w jakim byli, choć podziemna wędrówka pewnie zaprowadziła ją poza przestrzeń możliwą do objęcia rozumem.
– To ty jesteś tym ogniem. – powiedziała wreszcie, łącząc swe słowa z szybkim ruchem ręką po połyskliwy „kwiat”.
Zanim Jaszczur znalazł się przy Asji, ta była już w korytarzyku za grotą.
W dłoni ściskała jaszczurzą łuskę o mieniących się zielenią i błękitem kolorach. Oczy Pana Jaskiń przeszyły kobietę i były pełne grozy, a zarazem pozaziemskich wręcz wierszy. Przebita tym spojrzeniem Asja poczuła się wrośnięta w ziemię.
Jej stopy natychmiast oplotły ruchliwe porosty, barwiąc kobiecą skórę na jaskinne odcienie brązów i szarości. Pięły się po nogach i wplatały w szybki oddech Asji, wiążąc go ze skalnymi ścianami tak, że mogła oddychać wraz z całym podziemnym światem.
Dłoń Asji powędrowała ku górze, ostre zakończenie łuski błyskało złowrogo, obiecując równocześnie piękne życie wieczne.
Czy to Pan Jaskiń sterował kobietą, czy też poprzez skały wniknął w nią, chcąc stopić Asję ze sobą na wieki? Bezszelestnie zbliżył się do niej. Cichość przenikała naskórek i pewna nieznana dotąd błogość sprawiła, że Asja w tych jaszczurzych oczach dostrzegła coś znajomego, czemu miała pragnienie się poddać. Świat wprawdzie nie roślinny, ale nawet bliższy esencji świata. Pierwotny do granic możliwości. Pomiędzy wdechem, a wydechem. Istniejący i nieistniejący zarazem.
Asja czuła zew i nie chciała rozstrzygać, z której strony dochodzi. Nie chciała podejmować decyzji, ani walczyć, ani pozwalać.
Twarz Jaszczura przybierała różne kształty, a porosty na ciele Asji dotarły już do łona i brzucha. Łaskotały kobietę, wyzwalając z niej skłębione dotąd w naiwności nici energii. Zanim uświadomiła sobie na dobre, że łuska kierowana przez oczy Pana Jaskiń zmierza jej własną dłonią wprost do szyjnej tętnicy, zanim oblicze Asji zacienił strach, a potem błogość – poprzez tunel skalny dotarł do nich wyrazisty głos.
Donośne chrząknięcie. Przybyło z daleka i nie było jedynie odbiciem, echem. Było tu i teraz. Gwałtownie wdarło się w sieci wiążące subtelnie Asję z jaskinią. Poczuła, że dłoń z łuską nieco osłabła, a Pan Jaskiń jest jakby trochę dalej.
Pomimo porostów oblepiających pół ciała, Asja zaczęła biec korytarzem. Początkowo miała wrażenie, że biegnie w miejscu, a jaszczur z politowaniem się temu przygląda. Tak naprawdę jednak to perspektywa ją gubiła, złudzenia optyczne. A może porosty wprowadziły w Asję jakieś odurzające soki?
Wbiegła w odgłos chrząknięcia, czując, jakby przedzierała się przez czyjeś struny głosowe. Chropowate ściany po bokach służyły jej za podporę.
Wreszcie dźwięk ucichł, a za plecami Asji nie było już Pana Jaskiń.
Ciemność tunelu z przodu i z tyłu przyniosła kobiecie opiekę.
Wreszcie dźwięk ucichł, a za plecami Asji nie było już Pana Jaskiń.
W ręku nadal ściskała jaszczurzą łuskę. Spojrzała w nią i przez chwilę dostrzegła przepływające przez zielono-ziemiste odcienie, jaszczurze oczy.
Z długim westchnieniem powoli ruszyła przed siebie, w sercu czując – doskonałą można rzec – pustkę.
powiew nowego czynu jak ziarnko, jak…
źdźbło na rosie.
O jednej podziemnej podróży
Martyna Borowska, powieść 2018-2019,
ODCINEK 13
Jaskinie // 10 \\ Spotkanie
Wciąż miała pod palcami piasek o błyszczących drobinkach.
Zupełnie, jakby sadziła rośliny i grzebała się w swojej ukochanej, żyznej glebie w ogrodzie wśród pól. Bo mieszkała na prawdziwym odludziu i tylko intensywny zapach nagrzanych słońcem, suchych zbóż, towarzyszył jej w dzieciństwie. Nosiła go w sobie i dlatego czuła się zawsze poza czasem.
Teraz, pod ziemią, i to głębiej niż kiedykolwiek, nawet to uczucie było niczym migawka z poprzedniego życia.
Asja pokryta kurzem, z sypiącym się z jasnych włosów piachem przypominała nagle inną osobę. I sama siebie długo rozpoznać nie mogła.
Znalazła się w rozległej grocie, a nad nią osuwiska i piaski krążyły w niebezpiecznym wirze. Kilka kroków dalej rozpoczynał się tunel, wąski i wilgotny korytarz o bardzo niskim stropie. Asja na czworakach zaczęła nim podążać. Nie namyślała się długo – sytuacja w powietrzu zapowiadała nadejście burzy.
Choć przecież pod ziemią nie ma…? takich atrakcji…
Kobieta nie miała klaustrofobii, ale po godzinach czołgania się widziała przed sobą ślepe zaułki, idealne na śmierć. Zdawały się mieć kły albo okrutnie podziurawione dziąsła, które chciały przemielić ją w sobie, udusić.
Tunel jednak biegł w dal, w głąb macierzy świata. Było cicho, szeleścił piasek.
Asja była drobinką piasku, wygłodniałą choćby kawałka roślinności, korzenia, mchów lub strużki wody. Soczystego owocu, który rozszedłby się po ciele, wypełniając ją świetlistą wodą.
Gdy czas stawał się mały, odległy, wręcz nierzeczywisty, tunel skurczył się jeszcze bardziej i ukazał przed kobietą wąskie schodki…
otoczenie – dotychczas przytłaczające – wyciszyło się, uprzestrzenniło, powietrze zaś znieruchomiało zupełnie.
Asja poczuła, jak energia – wewnętrzna i zewnętrzna, każda i żadna, wieczna i czasowa – wibruje, żyje, kształtuje.
Był tam inny świat.
Pełen baśni, legend, dopiero co tworzonych mitów. Przyszłość i przeszłość miotały się w lekko nerwowym tańcu. Były tam rośliny i zwierzęta. Pomruki czegoś niezwykłego rozbrzmiewały coraz donośniej, może były tą energią tętniącą pod ziemią.
Asja ostrożnie stawiała kroki na niewielkich, śliskich schodkach. Ciągnęły się w dół doskonale prosto. Nad nią rozciągał się nieskończony przesmyk, a jego ściany pokrywały słowa. Niektóre rozpoznawała, inne były jakby dalszą częścią historii. Tamtej, pozostawionej w innych komnatach.
Początkowo myślała, że to co widzi to kamień. Lśniący i chropowaty, w kolorach ziemi. Ulokował się w rogu groty na końcu schodów, niczym stróż pilnujący tajnego przejścia.
Asja wtedy po raz pierwszy poczuła frustrację, zdezorientowanie i nagle wyszła ze swej skóry, spojrzała na nią z boku i nie mogła uwierzyć, że stała się częścią świata roślin podziemnych. Ile czasu minęło? Ile dni i nocy przemknęło wysoko nad jej głową?
Ile pancerzy albo nawet struktur życiowych zrzuciła po drodze?
Kolejna warstwa pokazała Asji ów odległy czas w kontekście przerw w spożywaniu. Następne oblicze była wstęgą relacji z Laitzem. Asja patrzyła na tworzące ją pola i łąki rodzinnej Litwy, pełne pachnących kwiatów i słońca, i na dynamiczne wędrówki po świecie natury, naznaczone eksperymentami roślinnymi.
Wszelkie historie o sobie samej były zbyt enigmatyczne, by ukazać pod sobą cokolwiek jeszcze.
Asja zapragnęła schować głowę. Ukryć ją pod czapką, szalem, czymkolwiek. Nakryła włosy rękami. Otuliła ramionami. W końcu luźną bluzką, jaką miała na sobie, owinęła głowę. Ucichły rozdzielenia i nastała cisza pełna wibracji, znanej kobiecie już z wędrówki po schodach.
To już nowa opowieść, nowa warstwa słów. Powiedziała sobie w myślach.
Skorupa przypominająca kamień poruszyła się. Połyskiwała gdzieniegdzie i była ociężała.
Asja dała przerażony krok do tyłu i tym ruchem znów scaliła się z jedną sobą.
Pomruk z kąta jaskini podsycił ten akt o nuty odwróconej ekstazy.
Jaszczurza postać w całym majestacie nazwała się Panem Jaskiń, władającym też wszystkimi żabami i skamielinami. Asja słuchała, lustrując oniemiałym wzrokiem jego gładki pancerz, skórę pełną świetlistych zakamarków i pasm wielobarwnych, skalnych odblasków. Czyniło to sylwetkę tej istoty przenikliwą, głęboką, jakby mieszczącą w sobie bezgraniczną przestrzeń.
Gdy się ruszał, kolory skóry mieniły się. A podszedł dość blisko, oczekując odpowiedzi, ciekawy nowej, kruchej postaci w swoim otoczeniu.
Mógł być częścią jaskini, która pod wpływem męczącej wędrówki zdawała się kobiecie półzwierzęcą istotą. Jednak czy mówiłby wtedy tak składnie, z gracją dobierając słowa?
– Na imię mam Asja. Szukam tunelu… – zaczęła, ale szybko przypomniała sobie wcześniejsze warstwy siebie, a raczej obcych uwarunkowań tworzących ją, i zamilkła. To nie ona szukała tunelu.
Pan Jaskiń, godną postawą inteligentnej jaszczurki, wyraził zaintrygowanie i podejrzliwość równocześnie.
– Taaaak…. – mruknął, oglądając ją z każdej strony. Okrążał kobietę powoli, z namysłem.
– Pochodzisz znad bagien, pachniesz świeżością nasyconych wodą roślin, skóra gładka, pełna słońca, ale w tle sierp księżyca nad moczarami.
Asja poczuła zapach ziemi i metaliczny posmak na ustach, jakby przyniosło go powietrze, którego tu zbytnio nie było.
– Jesteś stworzony z podziemnych, zapomnianych skał i nigdy nieodkrytych kruszców, wyschnięty od piasku popędzanego wiatrem, docierającym tu co jakiś czas przez szczeliny. – odparła Asja prawie na jednym wdechu, uważnie nasłuchując jaskini.
Potem także okrążyła jej Pana i kiedy znalazła się blisko miejsca, w którym leżał wcześniej zwinięty, przyjrzała się wydziobanemu w kamieniu przejściu.
Drzwi były bardzo niskie i pozbawione klamek. Asja domyśliła się, że wystarczy popchnąć skałę, by przedostać się na drugą stronę.
Pan Jaskiń zwinnie oplótł nogi kobiety ogonem, jak tylko ta myśl rozświetliła jej głowę.
Panowała cisza.
Jaszczur przenikliwie spoglądał w przestrzeń pomiędzy nimi, odczytując najbardziej enigmatyczne symbole.
Zmieniały się, ale nie tak jak cykle przyrody, tylko w sposób wewnętrznie stały. Powietrze ochładzało rozogniony od namyślań mózg.
Asja przeanalizowała wreszcie ten stan i pomimo śmiechu oraz skowytu, rozlegających się w oddali, zwinnie pchnęła kamienne drzwi. Z małym oporem opadły na ziemię. Grotę wypełnił subtelny, miękki kurz.